czwartek, 11 listopada 2010

Drugie życie kołdry

Wychodząc za mąż do wspólnego gniazda przytargałam panieńską pierzynkę z kaczych piórek, które to moja Babcia skubała dla wnusi.
Wnusia wysypiała się pod nią długie lata. Matczysko zaś co kilka lat bawiło czyszczenie tejże pierzynki, która nie była jednym wielkim wsypem, ale elegancką kołdereczką.
Małżonek zaś przywlókł anilanową kołdrę, która być może w czasach świetności miała jakąś grubość. Okryć dwójki nie dały rady ani moja, ani jego.

Wspólne łoże owszem, ale nie kołdra! Ja tam muszę mieć swój kawałek do dysponowania! Zwykle mi gorąco i sruuu... kołdra w drugim kącie pokoju!
Potem oczywiście zabieram co najbliższe do okrycia i potrafię prześcieradło spod połówki wyrwać przez sen.

Po kilku pierwszych biednych latach priorytetem było nabycie dwóch JEDNAKOWYCH kołder.
Czasy były jakie były. Kołdry były z watoliny. Ale przynajmniej miały śliczne bawełniane poszycie.

I tak pod tymi kołdrami spędziliśmy kupę lat. Prane najpierw co kilka lat, a potem co roku latem. Nogami w wannie. Mama zawsze te kołdry prała i prała i mnie też tak zostało.
Kiedy kupiłam porządną pralkę AEG z dużym bębnem - życie stało się prostsze, można było odwirować!

Dożyły do tej jesieni. Kupiłam nowe kołdry z syntetycznym wypełnieniem, które z lubością mogę sobie prać co tydzień.

Ogłosiłam po okolicy zbiórkę do schroniska dla zwierząt wypełnień do boksów. Naznosili mi sąsiady ręczników, kocyków. Matuś zaś telefonicznie powiedziała, że skoro ja swoje kołdry oddaję to i ona ma jedną taką "upalną" i z ochotą odda zwierzom. Nie pamiętała, skąd ją ma.

Coś ją tknęło, coś jej świtało, a że pewna nie była - rozpruła kawałek szwu, aby zobaczyć co tam kotku siedzi w środku.
A w środku błam wełny!

Zaskoczyły synapsy u Rodzicielki!
Kołdra jest z wełny, wełna jest z owiec, które Dziadek hodował! Kiedy ubrał już wszystkich w kożuchy zaczął wełnę wysyłać. A Rodzice oddali ją do punktu szycia kołder. Rzadko używana, bo za gorąca.
Mama czasem ją brała w czasie choroby, aby się pod nią wypocić, a na co dzień gdzieś się poniewierała po domu.
Brat - zobaczywszy odkrycie porwał połowę na użycie do politurowania, reszta przypadła mi.

Błam nie wyglądał najgorzej


a po praniu nawet niewiele się różnił


ale woda pokazała cały brud z ostatnich bodaj 40 lat.


Zaczęłam prać całość, ale potem użyłam mózgu i podzieliłam to na kawałki, rwąc po prostu. Obciekło i trafiło na farbowanie.

Tradycyjnie: gazeta chroni blat, poza tym folia nie przylepia się do niego i łatwiej ją rozłożyć.
Moje farbowanie trochę odbiega od innych. Do prania użyłam płynu do naczyń. Końcowe płukanie zawierało też odrobinę W5 z Lidla.
Potem prawie suche kawałki ułożyłam na folii i posypałam barwnikami prosto z torebki (mieszałam kilka odcieni), a barwniki najtańsze do bawełny.


Następnie spryskiwaczem, w którym był rozrobiony środek z Lidla do czyszczenia na bazie octu i woda 1:1


zmoczyłam całość i wklepałam wilgoć dłonią lekko w wełnę. Unika się paprania w kilku miskach barwników i żmudnego paćkania pędzlem czy gąbką.
Niestety zdjęcie przypadkowo usunęłam z aparatu.
Pozawijałam gołąbki i na parę


Niby miałam godzinę parować i nie ugotować wełny, ale nie zauważyłam - wełenka się lekutko gotowała. Wełna nasączona preparatem W5 buzuje. Stygła każda partia przez noc, a potem płukanie w wodzie. Dzięki zawartości octu cały kolor w pełni łapał wełnę.
Tak wygląda woda po pierwszym płukaniu


Obciekło sobie na durszlaku


i dosuszyło na słonku


Zabarwiona woda trafiła do ponownego namoczenia wełny


A potem heja na Gada


i się ukręciło


Nie czesałam tego zgrzebłem, bowiem dość łatwo włókna wychodziły, brałam taki strzępek


i przędłam, niekiedy dość znaczne gruzełki wyszły, ale w ogóle mnie to nie martwiło bo planowałam 2 ply.
Jednak podwójnie wychodziła dość gruba i w końcu robiłam pod szydełko. Cały czas widziałam z tej wełny sweterek. Miałam dać ją Mamie (te kolory do niej pasują), ale jakoś nie wyraziła szczególnego zachwytu. A może nie chciała mi zabierać?
Mój mąż stwierdził, że skoro to po Dziadku taka staroć zachowana to powinnam z niej też zrobić coś, co będzie na lata.
Pierwsze co mi wpadło do głowy to różany kocyk, tylko te róże do mnie nie pasują :(
Brat jak zobaczył moje dzieło oddał mi swój kawałek błamu i mam resztę kołdry do zafarbowania na zielone liście dookoła róż i na tło.
Coś się wymyśli w międzyczasie.

Przędzione też przed 20 października.

26 komentarzy:

  1. Śliczna Ci ta wełna wyszła! Co prawda róż to nie jest mój ulubiony kolor, ale ten wygląda bardzo ciekawie. I pomyśleć, że to recykling ze starej kołdry :). Ciekawa jestem co z niej zrobisz. Ja oczywiście oczyma wyobraźni ujrzałam chustę, ale to takie moje "zwichnięcie". Jestem pewna, że wymyślisz coś fajnego :).
    Pozdrawiam serdecznie i dziękuje za odwiedziny :).

    OdpowiedzUsuń
  2. Kankanko jestes niesamowita!!!
    Rozowy mnie nie kreci ale Tobie sie ukrecil nawet fajowy kolor:)
    A z tym niebieskim to sie nie spiesz:))

    OdpowiedzUsuń
  3. Z samego rana człowieka zastrzelić potrafisz . Musze to jeszcze raz przeczytać , żeby dogłębnie pojąć jak ze starej kołdry powstaje nowy sweter.

    OdpowiedzUsuń
  4. Podziw mnie wziął dla Ciebie po raz kolejny.

    OdpowiedzUsuń
  5. Podziwiam. Duzo samozaparcia wykazałaś;-)
    Fajna historia

    OdpowiedzUsuń
  6. Potrafisz budować napięcie u czytających.
    To się nazywa recykling.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. Czego to zaradna Baba nie wymyśli. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja sama o sobie myślę: Skąpa baba. Zwierzakom zimno, a ja im kołdrę na kołowrota wrzuciłam. To może do schroniska kocyk popełnię? W róże :)))

    OdpowiedzUsuń
  9. Świetna historia! Wyobraź sobie,że od ok.15 lat mam taką kołdrę.Z owiec hodowanych przez mego brata. Ale nie oddam! To jest najwspanialsza kołdra jaką miałam!
    Twoje nitki są śliczne. Różowy kolor też.Na zdjęciach to jest nawet taki bardziej koralowy.

    OdpowiedzUsuń
  10. Tkaitko - taka wełniana kołdra to coś wspaniałego. Ta "mamina" zapomniana została dlatego ocalała. Dobrze, że jej mole nie zeżarły!

    OdpowiedzUsuń
  11. wow z kołdry zrobić włóczkę - wow!! jestem pod wrażeniem przeogromnym :)
    no i kochana jesteś że zwierzakom zbierasz żeby im zimno nie było :)

    OdpowiedzUsuń
  12. O żesz! Jesteś niesamowita! Dla mnie to farbowanie i przędzenie to kosmos jest jakiś! Ale kiedyś fajnie byłoby spróbować...

    świetna historia, czytałam z zapartym tchem!

    OdpowiedzUsuń
  13. Mojej wełnianej kołdry (2 x 2.20 m) jeszcze Ci nie oddam, ale za jakiś czas może, może...

    OdpowiedzUsuń
  14. Madziulo - do owiec daleko w tym Wrocławiu, to się przędzie co w rękę wpada :) A na zimę wszędzie w schroniskach proszą o uzupełnienie bud. Gazety czarno-białe też są bardzo potrzebne do boksów kocich. Jak będziesz wywalać stare to może podrzucisz do najbliższego schronu?

    Niedzielko - życia za mało abym wszystkiego spróbowała, a tyle jeszcze do pojęcia i nauki!

    Agatko - taka kołdra to do końca życia, pod warunkiem, że nie używa się jej jako materac. Nie sądzę abym doczekała :))))

    OdpowiedzUsuń
  15. Aniu, ja swoja "puchowa" koldre piore minimum 2x do roku. Mam jednak ten komfort, ze wyprana wkladam do suszarki z kilkoma pilkami do tenisa (mam takie specjalne pileczki i nikt ich nie moze ruszyc), a potem na podworko dla nabrania zapachu.

    A co sie tyczy welenki... Podoba mi sie!!! Na starosc to i w roz sie ubieram, wiec kolor mi nie przeszkadza.

    OdpowiedzUsuń
  16. O kurka, jaka zawzięta babeczka z Ciebie, ja bym gdzieś na etapie pomysłu odpuściła...
    A kołowrotek tom widziała po raz ostatni jeszcze za życia mojej ukochanej babci... gdzieś koło 20 lat wstecz... Szacun wielki:)

    OdpowiedzUsuń
  17. looo matko jedyna ale sie kobito urobilas,mnie chyba by szlag trafil,ale efekt fantastyczny

    OdpowiedzUsuń
  18. Śliczna włóczka Ci wyszła!
    A kiedyś pamietam wełnę się wyrzucało, bo nikt nie chciał :(
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  19. Izo, o tych piłeczkach słyszałam, muszę sobie sprawić, powodują fajne rozluźnienie materiału. Nie mam i nie będę miała suszarki, ale spróbuję w wirowaniu wykorzystać.

    Uleńko- chytra baba, psom nie dała. Im powinnam teraz kocyk w róże machnąć.

    Millu - jak Cię najdzie to sama się zdziwisz, jak zaczniesz do prapraprzodków się cofać :))))

    Jadziu - ale to fajne zarobienie!

    Zula - dzisiaj to samo robią, nie mają pomysłu na przerób, kiedyś tak akryl wyparł wełnę bo gryzła, dzisiaj doceniamy to co naturalne. Ja z uporem maniaka szukam wora wełny do uprania, wyczesania i zatyrania się przy niej. Tylko co do strzyży to raczej za mało odważna jestem :)))

    OdpowiedzUsuń
  20. No to teraz zaluje, ze wyrzucilam spiwor uszyty ze zbieranej siersci mojej afganicy-psicy. Wlosy miala plowe, jedwabne, miekkie i dlugie- dluzsze niz owca :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Wprawdzie (jak i Madziuli) - to nie mój kolor, ale wyszło Ci cudo! Przeczytałam posta jednym tchem, bo farbowanie wełny to dla mnie wyższa szkoła jazdy (że o przędzeniu już nie wspomnę). Tak się zastanowiłam przez chwilkę: ciekawe co powiedzieli przypadkowi widzowie na widok tych "krwawych ochłapów" na balkonie :-DD

    A dziedek, gdzieś tam siedzi sobie na chmurce i beztrosko machając nogami cieszy się, że jego wnusia taka zdolniacha i tak cudnie jego wełnę umie wykorzystać :-)

    OdpowiedzUsuń
  22. Ato - mieszkam dość wysoko, jak już ktoś głowę zadarł to pewnie koty policzył, czy aby wszystkie :), sprawdził czy chłop odjechał do pracy i auta nie ma :) no i pewnie pomyślał, że sok mi się wylał!!!! No bo z czym to kojarzyć jeszcze, nie???

    OdpowiedzUsuń
  23. Aniu, ale opowieść, rewelacyjna! Dobrze że już wróćiłaś, tylko martwi mnie Twoje zdrowie, bo u siebie wyczytałam, że chorujesz. A zatem tego zdrowia życzę Ci jak najwiecej a sobie, Twoich cudnych opowieści :-)

    OdpowiedzUsuń
  24. Lilko kochana! Wracam pomalutku do zdrowia. Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  25. jak to dobrze być tak zdolnym. ale ja bym się takiej kołdry nie pozbyła, za bardzo zmarzluch jestem ;-)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...