Druty mam z kilku epok i źródeł. Bardzo dużo kupionych okazyjnie.
Cenię sobie druty proste, bo na nich lepiej się robótkę mierzy w trakcie dziania i oczka wychodzą równiejsze.
Wśród drutów prostych są równe na całej długości i zmniejszające się po ok 10 cm, tych nie lubię.
Stalowe, ciężkie powędrowały dość dawno do mężowskiej szuflady z przydasiami, nie sprawdzam co z nimi robi. Może na szaszłyki wyniósł?
Te pierwsze, mamine jeszcze były bez końcówek.
Pamiętam jak je Mama dorabiała - z korka, z zatyczek do butelek, jakieś guziki nadziewała. I wyobraźcie sobie - działały!
Mam trochę drutów z plastiku, z czasów PRL z wczesnych lat osiemdziesiątych.
Kupiłam je w Kołobrzegu, gdzie całe lata spędzałam na wakacjach i znałam takie zapomniane pasmanterie.
To był kiedyś cały komplet od 2,5 do 8. Po kolei wymieniałam na aluminiowe cieńszą numerację, ale zostały od 5,5 do 8 i bardzo dobrze się sprawują. Niektóre z nich dzielnie służyły cale lata jako podpórki kwiatów w doniczkach.
Niejednokrotnie wyrzucałam, by za chwilę wyciągać z kubła. Nie do rozstania!
Lidl zaopatrzył mnie w druciki do warkoczy, ale pamiętam jak zobaczyłam po raz pierwszy taki wynalazek w lumpeksie.
Stałam i głową kiwałam - po co komu druty do warkoczy?????
Toż to lebiegi na tym zachodzie!!!!!!
Uznałam za fanaberię i zbytek. Do dziś mając prawie całą rozmiarówkę nie korzystam z tego.
Zawsze intrygowało mnie szydełko tunezyjskie, dość późno podarowała mi takie koleżanka. Ale to były czasy braków i robótka pochłaniała zbyt wiele surowca, nie zrobiłam więc nic na nim.
Może teraz przyszła pora. Na torebkę to znakomite narzędzie - da ścisłą fakturę.
No i druty do skarpet. Co kilka lat kupowane na nowo, stalowe.
Gubione i odnajdywane. Wyrzucane i chowane. Oddawane mężowi na pożarcie i odbierane. Są. Uchowały się trzy komplety i nadal na nich robię. Zdecydowanie wolę jednak te lekkie z Lidla, są na tyle chropowate, że mi oczka z nich nie lecą.
Jedynym bambusowym kompletem jest numer 8, kupiony tylko z powodu przeceny.
Druty na żyłce. Unikam.
Jednak Addiki podbiły moje serce. Mam takie tylko dwa komplety 3,5 i 6. Kiedyś wymienię wszystkie inne na Addi. Niezastąpione przy dzianiu na okrągło, no i w miejscach publicznych (kolejki, pociągi) zdecydowanie mniej naruszające wolność przestrzenną innych osób.
Tego rodzaju drutów mam mniej. Znów bardzo pochwalę lidlowskie. Uzupełniają mi rozmiary i całkiem przyzwoicie się sprawują. A kosztowały śmieszne pieniądze.
Najdroższe z okrąglaków mam drewniane, rozm 10. Tylko dlatego najdroższe, bo kupione w najdroższej pasmanterii świata na Kołłątaja.
W roku bodaj 2008 pilnie potrzebowałam okrągłych grubych drutów, nie miałam czasu, najbliżej mi do nich było.
Pan sprzedał piękny komplet, pod jego ceną w domu odkryłam cenę w markach niemieckich z NRD, a w robocie, że jedna z końcówek jest uszkodzona. Pęknięta i haczy.
Cena w markach była niepoważna, natomiast chyba lata leżakowania w Polsce dała mu prawo do wymnożenia tych marek przez całe lata jak procent w banku.
Da się na nich robić, pod warunkiem, że tylko na okrągło i odpowiednią końcówką, tą dobrą przerabiamy :)))
Mimo oczywistości do reklamacji nie miałam siły iść i patrzeć już na obsługę.
Druty proste całe lata przechowywałam w pojemniku po winie z wiórów drewnianych, jednak czas zrobił swoje i musiałam na szybko inaczej je pochować.
Wśród materiałów od Dobrej Wróżki dostałam kilka bieżników, jeden z nich był serwetą, której należało tylko jeden bok podwinąć. Postanowiłam pochować tam druty. Wykorzystałam resztki gum za krótkich do wszycia w pas i tasiemkę dobraną kolorem.
Gumka trzyma, a krzywe ściegi to ostatnie podrygi mojej maszyny przed naprawą. Kolor gumek nie przeszkadza nikomu :)
Na Święta druty były już spakowane i jakoś to wygląda. To cały mój zbiór.


Miałam szyć specjalny pokrowiec z ocieplinką na spód, z zaokrąglonym kształtem u góry, z zakładką. Ale uznałam, że jak już z nudów po suficie będę łazić to sobie taki uszyję.
Póki co szkoda czasu na pierdoły.
Okrąglaki trzymam razem z agrafkami i markerami w pojemniku po cukierkach na wagę.
Całe przeźroczyste, można myć w zmywarce :), grzać w mikrofali :) no i kosztowało mało nawet z tymi słodyczami!
Ps. A się nagadałam jak potłuczona..... wybaczam brak sił do czytania całości, gorąc był dziś u nas.