Przepraszam, lecz z kronikarskiego obowiązku winnam podać, że mój ukochany, jedyny taki prawdziwie mój pies Bajt odszedł.
Odszedł w jedynym słusznym momencie, gdyż i on sam zaczął cierpieć, a i ze mną nie jest dobrze.
Nie będąc w siłach, gdy nawet wyjście raz dziennie sprawia mi ból i oczekując na badania mojego męża w trwodze - uzgodniliśmy wspólnie datę.
Mąż rzekł - póki jestem, pomogę, sama nie dasz rady.
Czekamy we dwoje każde na swoją kolejkę do szpitala.
Pocieszam się małostkowo faktem, że raz na tydzień można pozamiatać, nie zbierać śmieci wyrzuconych z kubła i nie potykać się stale o psa.
Lecz nawet po miesiącu płaczę.
Myślałam, że po miesiącu napiszę więcej, ale łzy zalewają mi oczy.
Musi samo minąć, uciszyć się, wypłakać.
Był prawdziwie moim psem, bardzo mnie kochał i stale był koło mnie. Jego obecność była natrętna, ale wiem, że byłam dla niego obiektem miłości.
Kiedy go zabierałam ze schroniska miał ok 5 lat.
Pojawił się w dniu 01-02-2008 i żył dobrze do 08-06-2018.
Bajtusiu, Bajtku, Bajtosławie, Ruda Zarazo - do zobaczenia! Będę Cię szukać!
Zatrzymałam Twoją obrożę z zapachem schowaną, ukrytą, - gdy mi źle - tulę w niej twarz.
Dziękuję, że byłeś!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzaki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzaki. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 9 lipca 2018
czwartek, 14 grudnia 2017
Wsparcie bezdomnego
Dziś ciemną nocą rankową wyszłam z Bajtkiem na spacer, bowiem musiałam szybko na ksero polecieć (tomografia). Poszliśmy do sklepu po chleb i mleko.
Po drodze minęliśmy grupkę trzech bezdomnych.
Dwóch wczorajszych i jeden wysoki z serii "Elegant". Wyróżniał się i sylwetką i dbałością o strój. Czerwony szalik dodawał mu wdzięku.
Posadziłam psa na schodkach przed sklepem i szybko zrobiłam zakupy.
Drobne mi wydane wrzuciłam do kieszeni kurtki.
Wychodzę, patrzę a przy moim psie siedzi ten "Elegant" i bokiem kurtki go grzeje, głaszcze i coś mówi. Pomyślałam, że pewnie poprosi o wsparcie i już namierzyłam te drobne w dłoni.
Poderwał się i do mnie:
- Ładnego ma pani psa! To śliczny pies mimo, że nie ma oka!
- Tak, oka nie ma od niedawna, ale dla mnie jest dalej ładny!
- Pogadałem sobie z pani psem
- A co mówił?
- Że będzie miał dobre Święta! Bo wie, że jest kochany i on panią bardzo kocha!
Uśmiech z mojej strony.
A pan bezdomny wyciąga rękę. Patrzę - leży na niej 5 zł.
- To dla niego, nie mam teraz więcej, może mu trzeba coś kupić.
Podziękowałam serdecznie, zapewniłam, że psisko ma dobrze. Wzruszyłam się.
W domu opowiedziałam wieczorem Panumężu. Też się wzruszył.
Po drodze minęliśmy grupkę trzech bezdomnych.
Dwóch wczorajszych i jeden wysoki z serii "Elegant". Wyróżniał się i sylwetką i dbałością o strój. Czerwony szalik dodawał mu wdzięku.
Posadziłam psa na schodkach przed sklepem i szybko zrobiłam zakupy.
Drobne mi wydane wrzuciłam do kieszeni kurtki.
Wychodzę, patrzę a przy moim psie siedzi ten "Elegant" i bokiem kurtki go grzeje, głaszcze i coś mówi. Pomyślałam, że pewnie poprosi o wsparcie i już namierzyłam te drobne w dłoni.
Poderwał się i do mnie:
- Ładnego ma pani psa! To śliczny pies mimo, że nie ma oka!
- Tak, oka nie ma od niedawna, ale dla mnie jest dalej ładny!
- Pogadałem sobie z pani psem
- A co mówił?
- Że będzie miał dobre Święta! Bo wie, że jest kochany i on panią bardzo kocha!
Uśmiech z mojej strony.
A pan bezdomny wyciąga rękę. Patrzę - leży na niej 5 zł.
- To dla niego, nie mam teraz więcej, może mu trzeba coś kupić.
Podziękowałam serdecznie, zapewniłam, że psisko ma dobrze. Wzruszyłam się.
W domu opowiedziałam wieczorem Panumężu. Też się wzruszył.
niedziela, 3 grudnia 2017
Psia starość
We wrześniu jeszcze był sobie całkiem przyzwoity pies. Z gęby mu tylko waniało nieprzyjemnie, ale wiedziałam, że coroczny kamień trzeba zdjąć i zaklepałam mu termin. Nie zdołałam tym razem na spokojnie. Pies jest dość nerwowy i zaglądanie mu do pyska jest możliwe tylko poprzez uchylenie bocznych warg. Nie da sobie w paszczę popatrzeć. Nie da sobie tych zębów myć, ani szorować płynami. Tak ma.
W ciągu kilku dni lewe oko (już zajęte wcześniej przez zaćmę) wybałuszyło się. U weterynarza okazało się, że są dwie wersje:
- oko zaatakowane przez nowotwór - moja decyzja uśpić, nie wybudzać
- jakaś przetoka.
Jeszcze przed planowanym zabiegiem Bajtuś był u fryzjera i w dniu wyruszenia na zabieg wyglądał jak prawie młody.
Potem już było tak:
A potem w domu pod kocykami, narzutami, kołderkami i lampami nagrzewającymi tak:
Okazało się, że Bajtkowi zropiał ostatni ząb trzonowy z tyłu i utworzyła się przetoka. Teraz Bajt patrzy na świat z przymrużeniem oka.
Wet nie wziął dużo. Wziął bardzo mało. W pakiecie pooperacyjnym miał i leki przeciwbólowe i kilka kontroli. Wet ma też takiego psa ze schroniska i rozumie wiele.
Po operacji tylko kilka dni opatrywałam oko, bowiem goiło się - jak na psie!
Pojawiła się telepawka i kłapanie, więc czym prędzej z akurat ufilcowanych przez pomyłkę swetrów uszyłam psu okrycie.
Sweter miał zacny skład - alpaka, wełna, jedwab i kaszmir. Kosztował całe 3 złote. Po ufilcowaniu mógłby być torebką, ale pies ważniejszy. Pomysł i uszycie to jeden wieczór. Sprawdziłam tylko czy ogarnę psa podwójnie złożonym swetrem.
W rozłożeniu widać ogólny kształt, wycięłam dekolt, obcięłam rękawy i jeden z nich jak pasem spina psa pod brzuchem na rzep. Z przodu zapina się ubranko na guzik. Aby to-to się układało na zadzie ma zrobione zaszewki. Całość miała być prototypem do uszycia czegoś w stylu haute couture, ale okazało się to niepotrzebne.
Mój pies nie marznie aż tak, by potrzebował okrycia. Kłapie, bo ma uszkodzone nerwy i regeneracja albo będzie, albo nie. Są dni kiedy jest cicho w domu, ale wiem jak nerwowo ludzie reagują na psa który bez ubranka spokojnie sobie kłapie i nie jest to związane z zimnem. To ja już zamiast tłumaczyć kolejnemu obrońcy co to oznacza, wolę by miał ubranie na sobie, a ja zaoszczędzę energii.
Zakłada się to cud odzienie błyskawicznie.
No i kolejny problem nie do rozwiązania. Pies leje.
Pies lał zaraz po schronisku i teraz leje na starość. Póki mielim nadzieję pilnowaliśmy godzin spacerów i cierpliwie podłogi były myte. Pies gdy zostawał sam był więziony w przedpokoju wraz z niczego winnym kotem do towarzystwa. Łatwiej te kafle niż dywan ogarnąć.
W międzyczasie miał badanie nerek i ma jakieś osady w pęcherzu, co też może być przyczyną siusiania. Ale leki nie pomogły, problem zdaje się jest już problemem dożywotnim i tylko ratunku dla siebie umęczonych poszukaliśmy.
Bo w tym wszystkim jest ten szkopuł, że pies nie zgłasza. Nie znana jest chwila i czas.
Pieluchy!
Pierwsze, typowo psie kosztowały dużo. Uważam, że za dużo. Twierdzę, że gdyby nie drogość tych pieluch to i eutanazji psich byłoby mniej. Zwłaszcza, że w żadnym stacjonarnym w całej wsi Wrocław nie trafiłam na pieluchy. Trza ciągnąć poprzez kuriera.
Elegancko pan pies się zachował i z godnością. Nie rwie i nie ściąga. Cud wynalazek! W tych firmowych wyglądał tak:
Wybrałam się do sklepu dla najuboższych (cytując Dorotkę z FB) i tam wypatrzyłam rozmiar dla swojego kundla. Spaniel waży 15 kilo, więc pieluchy w rozmiarze +15 są idealne. Paczka 42 sztuk kosztowała chyba 26,99. Firmowe ok 40 zł za 12 sztuk.
I znów trochę cięcia i zszywania, ale da się.
Rozkładamy pieluchę i wycinamy to co narysowałam flamastrem:
Zapięcia z boków przenosimy na górę pieluchy i spinamy szpilką, lub nie. I pod maszynę.
Hurt był na kilka dni:
Uwaga, możecie się tu starać. Ja w tym przypadku wykorzystuję wszelkie resztki na szpulkach. Ale daję Wam głowę, że i wykończone elegancko jak na dole i byle jak (bo nitka nie łapała całkiem) na górze - trzyma się świetnie. Gotowe wkładam do pudełka w przedpokoju i jest zawsze zapas pod ręką, albo raczej pod siusiakiem :).
Bajtuś nie narzeka na przeróbkę. Tu widzicie jak się prezentuje jednooki anioł stróż mój. Pod okiem ma wytarte miejsce, taka brązowa plamka. To ślad po tarciu, gdy schodziła opuchlizna i pies sobie masował skórę. Wydreptany w naszej erze szczęśliwości lek pomógł, bo zahamował swędzenie, ale nie jestem pewna czy mu tam kłaki odrosną. W każdym razie psa mam dalej.
Niejeden się puka w głowę, bo to oko, bo pieluchy.
A ja wiem, że jeszcze nie pora.
Pies jest żywotny, sam schodzi i wchodzi (ba nawet biegnie) po schodach, je a nawet żre, kocha panią dalej jedyną na świecie, lubi spacery. Tylko niektóre psy traktują go ciut inaczej, raczej nie jest to awantura, ale czują, że coś jest inaczej, coś nie gra, starają się z Bajtkiem zanadto nie spoufalać. Psy są mądre.
Myślę, że zobaczę ten moment, kiedy powinnam pozwolić psu odejść. Ja jestem nim już bardzo zmęczona, ale to choroba spowodowała mój opad sił.
W ciągu kilku dni lewe oko (już zajęte wcześniej przez zaćmę) wybałuszyło się. U weterynarza okazało się, że są dwie wersje:
- oko zaatakowane przez nowotwór - moja decyzja uśpić, nie wybudzać
- jakaś przetoka.
Jeszcze przed planowanym zabiegiem Bajtuś był u fryzjera i w dniu wyruszenia na zabieg wyglądał jak prawie młody.
Potem już było tak:
A potem w domu pod kocykami, narzutami, kołderkami i lampami nagrzewającymi tak:
Okazało się, że Bajtkowi zropiał ostatni ząb trzonowy z tyłu i utworzyła się przetoka. Teraz Bajt patrzy na świat z przymrużeniem oka.
Wet nie wziął dużo. Wziął bardzo mało. W pakiecie pooperacyjnym miał i leki przeciwbólowe i kilka kontroli. Wet ma też takiego psa ze schroniska i rozumie wiele.
Po operacji tylko kilka dni opatrywałam oko, bowiem goiło się - jak na psie!
Pojawiła się telepawka i kłapanie, więc czym prędzej z akurat ufilcowanych przez pomyłkę swetrów uszyłam psu okrycie.
Sweter miał zacny skład - alpaka, wełna, jedwab i kaszmir. Kosztował całe 3 złote. Po ufilcowaniu mógłby być torebką, ale pies ważniejszy. Pomysł i uszycie to jeden wieczór. Sprawdziłam tylko czy ogarnę psa podwójnie złożonym swetrem.
W rozłożeniu widać ogólny kształt, wycięłam dekolt, obcięłam rękawy i jeden z nich jak pasem spina psa pod brzuchem na rzep. Z przodu zapina się ubranko na guzik. Aby to-to się układało na zadzie ma zrobione zaszewki. Całość miała być prototypem do uszycia czegoś w stylu haute couture, ale okazało się to niepotrzebne.
Mój pies nie marznie aż tak, by potrzebował okrycia. Kłapie, bo ma uszkodzone nerwy i regeneracja albo będzie, albo nie. Są dni kiedy jest cicho w domu, ale wiem jak nerwowo ludzie reagują na psa który bez ubranka spokojnie sobie kłapie i nie jest to związane z zimnem. To ja już zamiast tłumaczyć kolejnemu obrońcy co to oznacza, wolę by miał ubranie na sobie, a ja zaoszczędzę energii.
Zakłada się to cud odzienie błyskawicznie.
No i kolejny problem nie do rozwiązania. Pies leje.
Pies lał zaraz po schronisku i teraz leje na starość. Póki mielim nadzieję pilnowaliśmy godzin spacerów i cierpliwie podłogi były myte. Pies gdy zostawał sam był więziony w przedpokoju wraz z niczego winnym kotem do towarzystwa. Łatwiej te kafle niż dywan ogarnąć.
W międzyczasie miał badanie nerek i ma jakieś osady w pęcherzu, co też może być przyczyną siusiania. Ale leki nie pomogły, problem zdaje się jest już problemem dożywotnim i tylko ratunku dla siebie umęczonych poszukaliśmy.
Bo w tym wszystkim jest ten szkopuł, że pies nie zgłasza. Nie znana jest chwila i czas.
Pieluchy!
Pierwsze, typowo psie kosztowały dużo. Uważam, że za dużo. Twierdzę, że gdyby nie drogość tych pieluch to i eutanazji psich byłoby mniej. Zwłaszcza, że w żadnym stacjonarnym w całej wsi Wrocław nie trafiłam na pieluchy. Trza ciągnąć poprzez kuriera.
Elegancko pan pies się zachował i z godnością. Nie rwie i nie ściąga. Cud wynalazek! W tych firmowych wyglądał tak:
Wybrałam się do sklepu dla najuboższych (cytując Dorotkę z FB) i tam wypatrzyłam rozmiar dla swojego kundla. Spaniel waży 15 kilo, więc pieluchy w rozmiarze +15 są idealne. Paczka 42 sztuk kosztowała chyba 26,99. Firmowe ok 40 zł za 12 sztuk.
I znów trochę cięcia i zszywania, ale da się.
Rozkładamy pieluchę i wycinamy to co narysowałam flamastrem:
Zapięcia z boków przenosimy na górę pieluchy i spinamy szpilką, lub nie. I pod maszynę.
Hurt był na kilka dni:
Uwaga, możecie się tu starać. Ja w tym przypadku wykorzystuję wszelkie resztki na szpulkach. Ale daję Wam głowę, że i wykończone elegancko jak na dole i byle jak (bo nitka nie łapała całkiem) na górze - trzyma się świetnie. Gotowe wkładam do pudełka w przedpokoju i jest zawsze zapas pod ręką, albo raczej pod siusiakiem :).
Bajtuś nie narzeka na przeróbkę. Tu widzicie jak się prezentuje jednooki anioł stróż mój. Pod okiem ma wytarte miejsce, taka brązowa plamka. To ślad po tarciu, gdy schodziła opuchlizna i pies sobie masował skórę. Wydreptany w naszej erze szczęśliwości lek pomógł, bo zahamował swędzenie, ale nie jestem pewna czy mu tam kłaki odrosną. W każdym razie psa mam dalej.
Niejeden się puka w głowę, bo to oko, bo pieluchy.
A ja wiem, że jeszcze nie pora.
Pies jest żywotny, sam schodzi i wchodzi (ba nawet biegnie) po schodach, je a nawet żre, kocha panią dalej jedyną na świecie, lubi spacery. Tylko niektóre psy traktują go ciut inaczej, raczej nie jest to awantura, ale czują, że coś jest inaczej, coś nie gra, starają się z Bajtkiem zanadto nie spoufalać. Psy są mądre.
Myślę, że zobaczę ten moment, kiedy powinnam pozwolić psu odejść. Ja jestem nim już bardzo zmęczona, ale to choroba spowodowała mój opad sił.
Etykiety:
pielucha dla psa,
przeróbka swetra,
ubranie dla psa,
zwierzaki,
życie codzienne
piątek, 23 września 2016
Dobór kolorów
Pan Władca wraca spóźniony do domu:
- kupiłeś psie worki?
- tak, ale się nalatałem, bo w pierwszym były tylko czarne!
Moje zdziwienie to dwie szklanki zamiast oczu.
- a co za różnica???????
- wiesz, dla naszego rudego ślicznego psa, na jego rude kupy czarne worki?!?!??????
Kupiłem mu pomarańczowe i niebieskie. Pomarańczowe mu pasują do tego co produkuje, a niebieskie do obróżki! Czarny worek to ja mu kupię na ostatnią drogę!
- kupiłeś psie worki?
- tak, ale się nalatałem, bo w pierwszym były tylko czarne!
Moje zdziwienie to dwie szklanki zamiast oczu.
- a co za różnica???????
- wiesz, dla naszego rudego ślicznego psa, na jego rude kupy czarne worki?!?!??????
Kupiłem mu pomarańczowe i niebieskie. Pomarańczowe mu pasują do tego co produkuje, a niebieskie do obróżki! Czarny worek to ja mu kupię na ostatnią drogę!
środa, 8 października 2014
Wstrząsnęło mną i zamieszało
Rodowód za wszelką cenę
Po tym filmie zastanawiam się nad pragnieniem kota main coon.
Chyba tylko dlatego, że mój Bajtek nie jest rasowy trzyma się dzielnie.
Jak na swoje 11-12 lat biega, szaleje, wygląda dobrze.
Od jakiegoś czasu prowadzam do fryzjera i to tylko z powodu brudu, który na zbyt długiej sierści wnosi do domu.
Zarośnięty wyglądał tak:
Potem idzie do spa dla psa i jest bardzo nieszczęśliwy. Daje się wykąpać obcej osobie, ale za mną wyje i tęskni.
Kiedy odbieram Bajta to na początku jest skok wręcz na ręce i śpiew radości, a potem idzie w podskokach obok jak dziecko. Po chwili grzecznie siedzi w sklepie i czeka na hasło - idziemy do domu!
Taki fryz utrzymuje się do 3 miesięcy, potem spa po raz kolejny. Przycięta psia fryzurka ujmuje mu lat.
Teraz będzie miał zapuszczane włosy na uszach, bowiem trochę potrzebuję sierści do przędzenia.
Tu miał krótko i na temat, bo za tydzień i tak przeszedł zabieg wycięcia kaszaka z ucha.
Pysk mu posiwiał, częściej wychodzi na spacer siusiać, ale zęby ma jak młody wilk, co objawiło usunięcie kamienia.
Daj mu Panie Boże jeszcze życia, bo i mnie ta gadzina trzyma jako tako w formie.
Pańcia ostatnio kulawa. Właśnie skończyłam serię 20 zastrzyków przeciw zakrzepicy, bowiem zapalenie żył głębokich się jakieś przytrafiło. Dość bolesne to doświadczenie. Najokrutniejsze było samej sobie podawanie leku, bo ja taka niedotykalska raczej i nie mam nic przeciwko zastrzykom w tyłek, ale sobie w brzuch to dla mnie była trauma.
Do końca roku mam brać polocard, a lekarz mówi, że podejrzewa konieczność do końca życia.
Żylaków jako takich nie mam i nigdy nie miałam.
Po tym filmie zastanawiam się nad pragnieniem kota main coon.
Chyba tylko dlatego, że mój Bajtek nie jest rasowy trzyma się dzielnie.
Jak na swoje 11-12 lat biega, szaleje, wygląda dobrze.
Od jakiegoś czasu prowadzam do fryzjera i to tylko z powodu brudu, który na zbyt długiej sierści wnosi do domu.
Zarośnięty wyglądał tak:
Potem idzie do spa dla psa i jest bardzo nieszczęśliwy. Daje się wykąpać obcej osobie, ale za mną wyje i tęskni.
Taki fryz utrzymuje się do 3 miesięcy, potem spa po raz kolejny. Przycięta psia fryzurka ujmuje mu lat.
Teraz będzie miał zapuszczane włosy na uszach, bowiem trochę potrzebuję sierści do przędzenia.
Tu miał krótko i na temat, bo za tydzień i tak przeszedł zabieg wycięcia kaszaka z ucha.
Pysk mu posiwiał, częściej wychodzi na spacer siusiać, ale zęby ma jak młody wilk, co objawiło usunięcie kamienia.
Daj mu Panie Boże jeszcze życia, bo i mnie ta gadzina trzyma jako tako w formie.
Pańcia ostatnio kulawa. Właśnie skończyłam serię 20 zastrzyków przeciw zakrzepicy, bowiem zapalenie żył głębokich się jakieś przytrafiło. Dość bolesne to doświadczenie. Najokrutniejsze było samej sobie podawanie leku, bo ja taka niedotykalska raczej i nie mam nic przeciwko zastrzykom w tyłek, ale sobie w brzuch to dla mnie była trauma.
Do końca roku mam brać polocard, a lekarz mówi, że podejrzewa konieczność do końca życia.
Żylaków jako takich nie mam i nigdy nie miałam.
niedziela, 20 lipca 2014
Tunika na ludziku i inne przypadki
Zaraz po swoich urodzinach mała Jubilatka trafiła do szpitala na tydzień.
Potem Całe Dziadostwo opiekowało się Alicją i w czasie kiedy był mój dyżur zrobiłam jej zdjęcia w tunice.
Zaraz po szpitalu smoczek zwany "Dudu" poszedł precz i nocnik zaczyna mieć chwile uwagi.
Lada chwila pozbędzie się Ala pieluchy.
To ostatnie zdjęcia Alutki ze smoczkiem:
Zaczynają się już zdania i coraz większa precyzja w rysowaniu drobnych elementów.
Z zabaw najbardziej Alutek lubi naśladować Matkę-Polkę. Sprząta, gotuje, karmi. Innych oczywiście.
Sama jest dalej ponad.
Nikt tak szczodrze psa kilogramem suchego ryżu nie pasie. Dziwne tylko, że kundel nawet po zalaniu tego litrem wody z drugiej miski też nie chce. Kot opanował już wszystkie sposoby, by uratować ogon i nawet nie próbuje pazurem fugi się trzymać, gdy Ala usiłuje froterować nim podłogi.
Babci na szczęście rozumu nie odjęło i tępi takie przemoce.
Kołowrotek jest fascynujący.
Chwilowo stoi odłogiem i pokrywa go kurz. Młoda prządka już wie, że noga też ma udział w sprawnym kręceniu i teraz skończyła się zabawa ze zdejmowaniem cięgna.
Teraz Alicja używa i rąk i nóg by machinę uruchomić.
I nadchodzi taka błogosławiona chwila:
Każden jeden pakuje się gdzie mu lepiej i .........sjesto trwaj!!
Potem Całe Dziadostwo opiekowało się Alicją i w czasie kiedy był mój dyżur zrobiłam jej zdjęcia w tunice.
Zaraz po szpitalu smoczek zwany "Dudu" poszedł precz i nocnik zaczyna mieć chwile uwagi.
Lada chwila pozbędzie się Ala pieluchy.
To ostatnie zdjęcia Alutki ze smoczkiem:
Zaczynają się już zdania i coraz większa precyzja w rysowaniu drobnych elementów.
Z zabaw najbardziej Alutek lubi naśladować Matkę-Polkę. Sprząta, gotuje, karmi. Innych oczywiście.
Sama jest dalej ponad.
Nikt tak szczodrze psa kilogramem suchego ryżu nie pasie. Dziwne tylko, że kundel nawet po zalaniu tego litrem wody z drugiej miski też nie chce. Kot opanował już wszystkie sposoby, by uratować ogon i nawet nie próbuje pazurem fugi się trzymać, gdy Ala usiłuje froterować nim podłogi.
Babci na szczęście rozumu nie odjęło i tępi takie przemoce.
Kołowrotek jest fascynujący.
Chwilowo stoi odłogiem i pokrywa go kurz. Młoda prządka już wie, że noga też ma udział w sprawnym kręceniu i teraz skończyła się zabawa ze zdejmowaniem cięgna.
Teraz Alicja używa i rąk i nóg by machinę uruchomić.
I nadchodzi taka błogosławiona chwila:
Każden jeden pakuje się gdzie mu lepiej i .........sjesto trwaj!!
poniedziałek, 5 maja 2014
Behemot, Vista, i inne peryferia
Od niedawna mam kolejnego laptopa.
Jako, że zawsze byłam xpekowa to teraz odkrywam świat visty.
I przekładam i mebluję i zbieram zdjęcia co uchroniłam przed zagładą do 2-11 i sortuję i wywalam.
Od 2-11 wszystko do bodaj połowy kwietnia tkwi w starym dellu. Nijak czasu ani pomysłu jak pozabierać swoje z niego zabawki. Tak sobie wymyśliłam, że zbiory najpilniejsze zaś poprzekładam na płyty. No i nie da się.
To chciałam do pikasy wrzucić - to mnie wylogował i nie loguje na nowo. Już na viście. Vista ma też jakiś problem z nagrywarką. Więc przerzucone zbiory tkwią póki co i czekają na odpuszczenie uroku :)
A kocisko nasze wspaniałe - Behemot z piekła rodem- jak nigdy upodobał sobie tego nowego mojego i tablet pana męża.
Tablet jest co rano podłączany do zasilania. Pokrowiec ma tak niefortunny, że nie da się włożyć wtyczki w pokrowiec i tablet ma być nago. Leży więc nakryty wdzięcznie resztką mocnej tekturki z Lokomotywy Tuwima i się ładuje
Kocisko na nim.
Pan mąż zahasłował, bo nie zdzierżył historii połączeń.
Mój laptop leży na stoliku Singera. Przed nim druga klawiatura z cyrylicą, bo korzystam.
Kot tylko czeka na moje wyjście i ładuje się na jedno lub drugie.
Dell ma spód małopoślizgowy, więc kot go nie ruszył, a ten jest lekki i nieprzystosowany na wyro zwierza. Już był łapany w ostatniej chwili gdy Behet wiał przed moją zemstą.
W związku z tym zaprzestałam ostrych wejść z przytupem i po prostu kota podnoszę bacząc by nie zahaczył pazurem klawiatury, słuchawek, aparatu podłączonego, myszki, podkładki, kubka z kawą, drutów etc.
Już pisał w gmailu wiele listów. I nawet odpowiadał w moim imieniu.
Dziś go przyłapałam jak wysyłał znów do nieznanego 34sski9(=?~ swoje opowieści.
Wyszłam wtedy na moment odwiesić ręcznik ze łba zdjęty, a on w tym czasie dostał info z gmailowej góry, że proponują, aby ze swoim problemem skorzystał z forum pomocy.
To kot wyłączył sieć.
No i chwilę trwało nim pańcia dostała się do pomocy łindołsowej, próbując wcześniej najznakomitszej metody wyłączyć i włączyć. Klikanie przyciskiem myszy coby dostać się do "połącz z siecią" w viście nie działa tak ot.
Odpowiedź nadeszła wkrótce bym sobie znalazła przycisk na laptopie i sama ręcznie palcem tą sieć uruchomiła.
Nie trafiłam. Próbowałam z F1 bo tam taki obrazek nadajnikowy, potem z F5 bo tam z kolei symbol myszki i już myślałam że a nuż mam przyciski zblokowane. Fn oczywiście samodzielnie i w kombinacjach z Ctrl i Alt :)))
To i jak F12 nie pomogło bo tam księżyc - to może porę dnia zmieni :)))) zapytałam męża.
Łaskawca wskazał klawisz z nadajnikiem na boki rozsyłający sygnał :))))
Jest sieć!
Muszę niestety zahasłować laptopa, bowiem kot jednym wskokiem pokonuje kombinację windows+ L
Drukarkę mam i owszem. Tylko przyciski na niej przykryte linijką do paczłora.
Któregoś dnia zastałam zapchaną drukarkę z wydrukami próbnymi dla HP. Odgruzowałam, uznałam, że się ktoś zapędził i ostrzegłam by wszyscy pilnowali swoich wydruków.
Aż któregoś dnia znienacka słyszę jak hula drukarka!
Nikogo poza mną i zwierzami. Laptop wyłączony.
Wchodzę cicho do pracowni a tam.... Behemot siedzi na brzegu i paca łapą przycisk startowy, po czym zaczyna kartka furkotać u wyjścia a on na nią poluje!
Od kiedy leży linijka jest spokój. A zapas kartek w podajniku jest do 10 sztuk max.
Koło maszyny do szycia stoi lampka. Przegubowa. Stołowa.
Nie ma dnia by ten kot z piekła rodem jej nie włączył (łapą wali w przycisk) i nie próbował się uwalić pod naświetlaniem. Miejsca tam na pół kociej dupki, ale on dalej próbuje.
Za jakiś czas opiszę działania kota w kuchni.
Post o nim miałam napisać tak najnormalniej... zjawił się u nas Roku Pańskiego....itd itp
Ale nie mogę tak opisać zwyczajnie tego najcudowniejszego Behemota :) my tego czorta tak naprawdę bardzo kochamy!
Nie będzie po kolei.
sobota, 28 grudnia 2013
Towarzysko
By jednak powrócić do świata blogowego należy uporządkować i to i owo. Bo gotowi jesteście pomyśleć, żem zatopiona jedynie w sklepie.
Najwięcej moja nowa zabawka czasu pochłania, lecz i inne się rzeczy działy.
Tak gwoli chronologii, czasem wymieszanej powspominam :)
Towarzysko to tak było:
Napadłam późnym latem na Rogatą w Jej Królestwie. Od kotów nie mogłam się oderwać. Mąż zdecydowanie nie podzielił mojej chęci.
Z Doliny Rogatej (czyt. Doliny Baryczy) powrócił Gad - mój pierwszy kołowrotek, na którym się czasem przędzie jagnięcina wrzosówkowa.
To na hasło - jedziemy do Owieczki po jagnięcinę - małżonek ochoczo przystał, bo pewnie ujrzał uciukane bydlątko w myśli, alem go szybko wyprowadziła z takiej logiki.
Gadu-gadu z Beatą i pomysłów masa.
Wybrałyśmy się więc jako reprezentacja Dolnego Śląska na Światowy Dzień Przędzenia Publicznego w stolicy Wielkopolski!
Ciekawy wykład poprowadziła Alicja Tyburska, a ja piałam z zachwytu nad tkaninami, które tak pięknie tka!
Zobaczyłam się z moimi Dziewczynami z Poznania - i wiem, że to co czuję między literami na ekranie to prawda oczywista - są wspaniałe, twórcze, piękne i niesamowite!!!!!
W okresie przedświątecznym mój gród powitał Asię Appolinar, która wystawiała swoje przepiękne rzeczy w galerii na kiermaszu.
Byłam oszołomiona ilością i pięknem prac:
Torby
Kapelusze i mitenki
Szale i tuniki
Włóczkowe chusty Asi i Sabinki
Matkoż moja - jakie ja mam zdolne koleżanki!!!! I mam prezent od Asi, który pokażę później, bo u nas wiosna i stokrotki!
W sklepie jest nowa szafa na guziki, trochę przestawiłam kordonki i kanwy, pojawiła się włóczka, tak bardziej pod okoliczną ludność.
Nad guzikami Heksa gra Hendrixa, jak to Drugi Ulubiony Zięć skwitował:
A to kasa na początek od Uli :)
Podkowa już wisi odwrotnie i łapie szczęście :)
Lala za 5 zł.
Poduszka - praca Lilki.
Lekko ciągnie od okna, więc chusta opatula.
Dla znawców Knit Pro w malutkiej skali, bowiem wyciurlałam się w grudniu do ostatniego grosza i nie wiem jak to okiełznać :)
W każdym razie mam zaszczyt dziergać na drutach Karbonz i powiem szczerze, że cymes to-to nie jest, same nie dziergają.
Mnie denerwuje jasny czubek i ciemny kolor druta. Nie jest to miłe dla oczu, zbytnio skacze kolor, trzeba chwili by to zaakceptować. Zdecydowanie wolę zwykłe Knit Pro, Addi, bambusy rozmaite i druty z Lidla.
Następny odcinek wkrótce :)))))
Najwięcej moja nowa zabawka czasu pochłania, lecz i inne się rzeczy działy.
Tak gwoli chronologii, czasem wymieszanej powspominam :)
Towarzysko to tak było:
Napadłam późnym latem na Rogatą w Jej Królestwie. Od kotów nie mogłam się oderwać. Mąż zdecydowanie nie podzielił mojej chęci.
Z Doliny Rogatej (czyt. Doliny Baryczy) powrócił Gad - mój pierwszy kołowrotek, na którym się czasem przędzie jagnięcina wrzosówkowa.
To na hasło - jedziemy do Owieczki po jagnięcinę - małżonek ochoczo przystał, bo pewnie ujrzał uciukane bydlątko w myśli, alem go szybko wyprowadziła z takiej logiki.
Gadu-gadu z Beatą i pomysłów masa.
Wybrałyśmy się więc jako reprezentacja Dolnego Śląska na Światowy Dzień Przędzenia Publicznego w stolicy Wielkopolski!
Ciekawy wykład poprowadziła Alicja Tyburska, a ja piałam z zachwytu nad tkaninami, które tak pięknie tka!
Zobaczyłam się z moimi Dziewczynami z Poznania - i wiem, że to co czuję między literami na ekranie to prawda oczywista - są wspaniałe, twórcze, piękne i niesamowite!!!!!
W okresie przedświątecznym mój gród powitał Asię Appolinar, która wystawiała swoje przepiękne rzeczy w galerii na kiermaszu.
Byłam oszołomiona ilością i pięknem prac:
Torby
Kapelusze i mitenki
Szale i tuniki
Włóczkowe chusty Asi i Sabinki
Matkoż moja - jakie ja mam zdolne koleżanki!!!! I mam prezent od Asi, który pokażę później, bo u nas wiosna i stokrotki!
W sklepie jest nowa szafa na guziki, trochę przestawiłam kordonki i kanwy, pojawiła się włóczka, tak bardziej pod okoliczną ludność.
Nad guzikami Heksa gra Hendrixa, jak to Drugi Ulubiony Zięć skwitował:
A to kasa na początek od Uli :)
Podkowa już wisi odwrotnie i łapie szczęście :)
Lala za 5 zł.
Poduszka - praca Lilki.
Lekko ciągnie od okna, więc chusta opatula.
Dla znawców Knit Pro w malutkiej skali, bowiem wyciurlałam się w grudniu do ostatniego grosza i nie wiem jak to okiełznać :)
W każdym razie mam zaszczyt dziergać na drutach Karbonz i powiem szczerze, że cymes to-to nie jest, same nie dziergają.
Mnie denerwuje jasny czubek i ciemny kolor druta. Nie jest to miłe dla oczu, zbytnio skacze kolor, trzeba chwili by to zaakceptować. Zdecydowanie wolę zwykłe Knit Pro, Addi, bambusy rozmaite i druty z Lidla.
Następny odcinek wkrótce :)))))
Subskrybuj:
Posty (Atom)















