Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czesanka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czesanka. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 11 stycznia 2015
Bransoletka
Jak widać jest zrobiona z zamka błyskawicznego, filcu i czesanki.
Taśmę wycięłam tuż przy ząbkach. Warto przeciągnąć nad ogniem, by stopić resztki materiału i nic nie będzie się strzępić.
Potem ułożyłam wzór i przyszyłam go nitką do kawałka filcu, wykorzystałam cały 55 cm zamek.
Wygrzebałam czesankę i nafilcowałam na sucho igłami środki wzoru - jedna igła padła.
Gotowy pasek podkleiłam drugim przy pomocy kleju HT2 i nawinęłam na słoik, by się półkole uformowało.
Potem wycięłam spód z ciemnego filcu w fale, by bransoletka miała jakieś ciekawsze brzegi.
Doszyłam spory zaczep-haftkę, ale nad zapięciem jeszcze podumam.
Całość bransoletki obkłacza na zdjęciach alpaka snująca się z czapki, która to za tło robiła.
środa, 1 lutego 2012
Zimno!
GRANICE odczuwania MROZU :) - tekst z internetu
+ 20°C Grecy zakładają swetry
+ 15°C Jamajczycy włączają ogrzewanie
+ 10°C Amerykanie zaczynają się trząść z zimna. Rosjanie na daczach sadzą
ogórki.
+ 5°C Można zobaczyć swój oddech. Włoskie samochody odmawiają
posłuszeństwa.
+1 °C Norwedzy idą się kąpać do jeziora.
- 5°C Francuskie samochody odmawiają posłuszeństwa
-15°C Kot upiera się, że będzie spał z tobą w łóżku. Norwedzy zakładają swetry.
-17.9°C W Oslo właściciele domów włączają ogrzewanie.
-18 °C Rosjanie ostatni raz w sezonie wyjeżdżają na dacze.
- 20°C Amerykańskie samochody nie zapalają.
- 25°C Niemieckie samochody nie zapalają. Wyginęli Jamajczycy.
- 30°C Władze podejmują temat bezdomnych. Kot śpi w twojej piżamie
- 35°C Zbyt zimno, żeby myśleć. Nie zapalają japońskie samochody.
- 40°C Planujesz przez dwa tygodnie nie wychodzić z gorącej kąpieli.
-42 °C Szwedzkie samochody odmawiają posłuszeństwa.
- 42°C W Europie nie funkcjonuje transport. Rosjanie jedzą lody na ulicy.
- 45°C Wyginęli Grecy. Władze rzeczywiście zaczynają robić coś dla
bezdomnych.
- 50°C Powieki zamarzają w trakcie mrugania.
- 55 °C Na Alasce zamykają lufcik podczas kąpieli.
- 60°C Białe niedźwiedzie ruszyły na południe.
- 70°C Zamarzło piekło.
- 73°C Fińskie służby specjalne ewakuują świętego Mikołaja z Laponii.
- 75 °C Rosjanie zakładają uszanki.
- 80°C Rosjanie nie zdejmują rękawic nawet przy nalewaniu wódki.
- 114°C Zamarza spirytus etylowy. Rosjanie są wkurzeni.
A u mnie 22 stycznia takie stokrotki kwitły
a w grudniu kwitła forsycja:
Dzisiaj telepie z zimna bardziej. Oj, nienawykłam do mrozu w mej sielskiej prowincji wrocławskiej, cieplutko u nas zwykle!
Na szczęście ja mam soczki nie dla dzieci od Asi Appolinar na rozgrzewkę po zalatanym dniu:
PYCHOTA!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Procentowo to one bardzo wydajne i przydał się jeden z nich wieczorem na utulenie. Napoczęłam bowiem nalewkę Rumtopf :)
Nici koszyk i herbatki na wszystkie strapienia:
Na zasiewy ogródkowe Asia mi wynalazła tykwę i nasiona - będziemy lampy robić!
I pięknej lamy kłąb spory na zimowe sporty kołowrotkowe w prezencie:
Asia ma jeszcze kilka worów alpaki w kolorach wszelkich. Trochę przesadziła z zakupami i drzwi nie domyka. Ja parol położyłam na lamie, bowiem zachwycona jestem tym włosem.
Alpaka też mnie bardzo kusi, ale na kredyt nie kupuję, więc stopniuję sobie rozkosze w miarę zarabiania :)
Alpakę Aś ma w doskonałym stanie, polecam, popytajcie u niej, widziałam i mogę pozazdrościć!
O jeszcze jednym cudzie od Asi opowiem później!
Dziś Uczeń był na zajęciach. Jak dobrze pójdzie i ze szkoły nie wywalą jako recydywistę pobierania nauk to i problem praktyki zniknie. Tfu, tfu odpukać w czerwone wstążeczki!
wtorek, 8 listopada 2011
Późnojesienne maliny z cukrem pudrem
W dalekim kraju, dawno, dawno temu zakupiłam czesankę o wdzięcznej nazwie Scarlet (merynos 21 mic+len).
Zostało mi ostatnie 22 deko. Sprzędłam więc z tego 2228 metrów singla.
Dofarbowałam merynosa 24 deko metodą "na gnieciucha".
Ten merynos według mnie to 23 mic.
Nie jest więc wiotki i łatwy do ufilcowania pod pachami, jak to lubi robić merynos 18.
Kolor dobrałam do kolorystyki Scarletki.
Moja metoda na gnieciucha to farbowanie w wodzie.
Wody jest minimalnie - tak aby wełnę tylko przykryła, nawet nie całkiem, część czesanki może wystawać.
Wsypuję farbę w proszku (w dowolnej kolorystyce) i lekko uciskam czesankę w kilku miejscach. Doprowadzam do pyrkotania i trzymam tak około 30-60 min, zależy od stopnia nasycenia.
Potem czekam spokojnie całą noc, farba się wchłania.
Farba dostaje się nierównomiernie i sama sobie tworzy melanże.
Z tego kolorku uprzędłam kolejnego singla o długości 1955 m.
Jak to połączyłam to uzyskałam takie motki o łącznej wadze 458 gramów:
- 517,5 m /128 g
- 520 m / 113 g
- 580,5 m / 142 g
- 336 m / 75 g
A na szybko w próbce wygląda to tak (nić przed blokowaniem, prosto ze szpuli):
Druty 3,5 będą najlepsze, bo to nie jest gruba nitka. Właściwie na 3 byłaby super, ale ja preferuję ciut grubsze druty i puchatą dzianinę, a merynos nie lubi ścisku.
Len dodaje śliskości.
Uprzędłam to w kwietniu, potem część zdjęć wyleciała w kosmos, a wczoraj całe pudełko z "Malinami z cukrem pudrem" spadło mi na łeb z górnej półki w szafie, więc dofociłam i przedstawiam dzisiaj dopiero.
Póki co wełenka ląduje do pudełka i czeka na zew, wenę, inspirację.
Nie mam na nią czasu.
A za chwilę resztka scarleta.....bo singla zostało......jak ktoś się doliczy......
Zostało mi ostatnie 22 deko. Sprzędłam więc z tego 2228 metrów singla.
Dofarbowałam merynosa 24 deko metodą "na gnieciucha".
Ten merynos według mnie to 23 mic.
Nie jest więc wiotki i łatwy do ufilcowania pod pachami, jak to lubi robić merynos 18.
Kolor dobrałam do kolorystyki Scarletki.
Moja metoda na gnieciucha to farbowanie w wodzie.
Wody jest minimalnie - tak aby wełnę tylko przykryła, nawet nie całkiem, część czesanki może wystawać.
Wsypuję farbę w proszku (w dowolnej kolorystyce) i lekko uciskam czesankę w kilku miejscach. Doprowadzam do pyrkotania i trzymam tak około 30-60 min, zależy od stopnia nasycenia.
Potem czekam spokojnie całą noc, farba się wchłania.
Farba dostaje się nierównomiernie i sama sobie tworzy melanże.
Z tego kolorku uprzędłam kolejnego singla o długości 1955 m.
Jak to połączyłam to uzyskałam takie motki o łącznej wadze 458 gramów:
- 517,5 m /128 g
- 520 m / 113 g
- 580,5 m / 142 g
- 336 m / 75 g
A na szybko w próbce wygląda to tak (nić przed blokowaniem, prosto ze szpuli):
Druty 3,5 będą najlepsze, bo to nie jest gruba nitka. Właściwie na 3 byłaby super, ale ja preferuję ciut grubsze druty i puchatą dzianinę, a merynos nie lubi ścisku.
Len dodaje śliskości.
Uprzędłam to w kwietniu, potem część zdjęć wyleciała w kosmos, a wczoraj całe pudełko z "Malinami z cukrem pudrem" spadło mi na łeb z górnej półki w szafie, więc dofociłam i przedstawiam dzisiaj dopiero.
Póki co wełenka ląduje do pudełka i czeka na zew, wenę, inspirację.
Nie mam na nią czasu.
A za chwilę resztka scarleta.....bo singla zostało......jak ktoś się doliczy......
Etykiety:
czesanka,
farbowanie,
kołowrotek,
len,
melanż,
merynos
poniedziałek, 26 września 2011
Katowice 24-25 września
Na spotkanie popędziłam PKP, ponieważ i koszty i remonty autostrady, oraz ostatnie duperele samochodowe przekonały mnie do takiej opcji.
Takie piękne cudo dotrzymywało mi towarzystwa zaraz obok :))))).
Ale najważniejsze były Dziewczyny!
Frasia Asia - od początku jak dobra matka ustalała ze mną termin mojego przyjazdu, wsadziła do dobrego pociągu, pilotowała, przyjechała na dworzec, zawiozła do Appolinar!
Jakieś wyobrażenie tej Dziewczyny miałam - w końcu czytam bloga, urywki postaci widać, humor bije ze słów i ogromna pasja w różnych technikach też świadczy o człowieku.
Pierwsze wrażenie - skra i chochlik, szybka, zwinna, bystrzacha.
Przesympatyczna, uśmiechnięta, mądra i ciekawa świata.
Appolinar Asia - och! Taka z gatunku, której można wszystko opowiedzieć. Bez dystansu, z tyloma zainteresowaniami, mądra i dobra. Bardzo kobieca i taka ciepła. Taka psiapsióła po prostu, można się będzie przy niej wyryczeć.
Fouzune Sabinka- bałam się trochę, bo wyobrażałam sobie pewną siebie Panią Profesor :)
A tu - o radości! Taka normalna Dziewczyna, taka kumpela, taka spokojna i zrównoważona, ciepła, słuchająca i w żaden sposób nie daje komuś mniej wprawnemu odczuć, że jest jeszcze uczniem. Poza tym Jej podejście do gonitwy losu też mi odpowiada. Pokochać można Sabinkę za ten spokój ducha.
Iza - moja Iza z kursu w Poznaniu! Wreszcie mogłyśmy pogadać. Stęskniłam się za nią. To taki gatunek, który się bardzo lubi od pierwszego wejrzenia. Nie sposób by nie budziła ciepłych uczuć.
Iza zawsze mnie intrygowała swoim postrzeganiem formy i koloru. Nawet bez kasy sobie lubię zaglądać do jej sklepu, bo ma same świetne rzeczy! Ta ma faktury i barwy wymieszane w genach, można Ją naśladować.
Spotkanie było cudowne, ciepłe, jedyne w swoim rodzaju i za krótkie. Asia napasła nas i napoiła tak dobrymi przysmakami, że ja pękałam w szwach i jadłam dalej.
Nie było czasu fotek robić, bo stale coś się działo.
Frasia uczyła nas koralikowania kuleczki. Poległam, nie dałam rady, nie czuję, nie kojarzę, nie mam cierpliwości. Z zajęć wyniosłam ogromny podziw dla prac z koralikami. To może wyglądać na fotce jako coś prostego - nie jest!
Cierpliwie mi Asia układała żyłkę i koraliki ale dobrnęłam z Jej pomocą do kwiatka początkowego i uznałam, że dla mnie to dzieło jest skończone, piękne i nic mu nie brakuje.
Zostawiam póki co żyłkę, aby całość jakoś wykorzystać. W nagrodę dostałam jako wzór do naśladowania kulkę-przywieszkę i zakładkę do książki.
Asia Appolinar obdarowała nas broszkami z sutaszem - moja idealnie do mojego dziergania pociągowego pasuje!
Dostałam też worek wełny z owcy fryzyjskiej, pięknie zgręplowanej
Poza tym mogłyśmy sobie wybrać po kilka kilo serwetek szydełkowych, więc ja do swojej kolekcji przywiozłam co nieco :)
Zbieram takie serwetki już od kilku lat i niedługo zobaczycie po co.
Iza podarowała nam czesankę akrylową, która posłuży do filcowania. Nie miałyśmy czasu tego niestety zrobić bo gadałyśmy jak najęte.
Bajkowe kolory, będzie zabawa!
W przerwie jadłyśmy przepyszny bogracz, ciasta i smakowałyśmy nalewek! Mniam!
Następny dzień rozpoczęłam od nauki sutaszu. Asia Appolinar wybrała koraliki, pokazała myki i powstało coś sutaszowego :). Pełno w nim niedoróbek, ale bez wstydu powiem, że on mi się bardzo podoba.
I sutasz pokochałam! I to mogę dłubać! Jest w nim miejsce na własne pomysły, na fantazję. Czuję to.
Już po powrocie do domu wykończyłam, pochlapałam klejem przy podklejaniu i pokazałam w pracy!
Dalej jestem dumna i blada, a ślady kleju dołożyłam w innych miejscach i mam efekt cieniowanego sutaszu:
Też do konkretnej robótki jest gotowy!
W międzyczasie Dolny Śląsk pogrzebał w śmietniku Górnego Śląska i wytargał worek runa wrzosówki cud urody! Spojrzenia były co najmniej dziwne, ale runo jest już wyprane, czyściutkie, suchutkie i wygląda tak:
Kolory podobne do Franciszka, wrzosówki z Doliny Baryczy!
Uważajcie na takich przyjezdnych!
Dolny Śląsk udał., że go nie ma! I nie nurkował! Serio!
Potem Asia Frasia zorganizowała nam wyjście do skansenu wsi górnośląskiej.
Ja dawno marzyłam o wizycie w takim miejscu.
Tam spotkałyśmy stoisko z książkami i dostałam od Frasi:
A swojemu kucharzowi kupiłam gościńca w takiej postaci:
Obie książki podpisał autor, czyli pan Marek Szołtysek!
Skansen zwiedzałyśmy w małym pośpiechu, bo już prosto na dworzec czas mi było. Zdjęcia zrobiłam i zapraszam TUTAJ.
Fascynujący jest świat dawnej wsi. Dobrze, że zgromadzono te eksponaty. Ludzi było sporo.
Jako drobne upominki przygotowałam w większości nieśmiertelne kury:
Bardzo Wam dziękuję za piękny weekend!
Po powrocie czekała na mnie niespodzianka w postaci gotującego się saganu z bigosem.
Lodówka przestała działać i Pan Mąż zagospodarował w ten sposób mięso. Reszta produktów z zamrażalnika wędrowała do obcych lodówek, a ja nie wiedziałam w co ręce włożyć.
W końcu uznaliśmy, że pustawą lodówkę odsuwamy i może coś tylko z prądem.
I tak właśnie było. Poprawił małżon co nieco i mogłam spokojnie umyć ją i powkładać to co ocalało z bigosowej napaści. Mam się z tą lodówką.
Potem sobie strzeliłam dwa pranka, jedno prasowanko i 10 cm sweterka.
Takie piękne cudo dotrzymywało mi towarzystwa zaraz obok :))))).
Ale najważniejsze były Dziewczyny!
Frasia Asia - od początku jak dobra matka ustalała ze mną termin mojego przyjazdu, wsadziła do dobrego pociągu, pilotowała, przyjechała na dworzec, zawiozła do Appolinar!
Jakieś wyobrażenie tej Dziewczyny miałam - w końcu czytam bloga, urywki postaci widać, humor bije ze słów i ogromna pasja w różnych technikach też świadczy o człowieku.
Pierwsze wrażenie - skra i chochlik, szybka, zwinna, bystrzacha.
Przesympatyczna, uśmiechnięta, mądra i ciekawa świata.
Appolinar Asia - och! Taka z gatunku, której można wszystko opowiedzieć. Bez dystansu, z tyloma zainteresowaniami, mądra i dobra. Bardzo kobieca i taka ciepła. Taka psiapsióła po prostu, można się będzie przy niej wyryczeć.
Fouzune Sabinka- bałam się trochę, bo wyobrażałam sobie pewną siebie Panią Profesor :)
A tu - o radości! Taka normalna Dziewczyna, taka kumpela, taka spokojna i zrównoważona, ciepła, słuchająca i w żaden sposób nie daje komuś mniej wprawnemu odczuć, że jest jeszcze uczniem. Poza tym Jej podejście do gonitwy losu też mi odpowiada. Pokochać można Sabinkę za ten spokój ducha.
Iza - moja Iza z kursu w Poznaniu! Wreszcie mogłyśmy pogadać. Stęskniłam się za nią. To taki gatunek, który się bardzo lubi od pierwszego wejrzenia. Nie sposób by nie budziła ciepłych uczuć.
Iza zawsze mnie intrygowała swoim postrzeganiem formy i koloru. Nawet bez kasy sobie lubię zaglądać do jej sklepu, bo ma same świetne rzeczy! Ta ma faktury i barwy wymieszane w genach, można Ją naśladować.
Spotkanie było cudowne, ciepłe, jedyne w swoim rodzaju i za krótkie. Asia napasła nas i napoiła tak dobrymi przysmakami, że ja pękałam w szwach i jadłam dalej.
Nie było czasu fotek robić, bo stale coś się działo.
Frasia uczyła nas koralikowania kuleczki. Poległam, nie dałam rady, nie czuję, nie kojarzę, nie mam cierpliwości. Z zajęć wyniosłam ogromny podziw dla prac z koralikami. To może wyglądać na fotce jako coś prostego - nie jest!
Cierpliwie mi Asia układała żyłkę i koraliki ale dobrnęłam z Jej pomocą do kwiatka początkowego i uznałam, że dla mnie to dzieło jest skończone, piękne i nic mu nie brakuje.
Zostawiam póki co żyłkę, aby całość jakoś wykorzystać. W nagrodę dostałam jako wzór do naśladowania kulkę-przywieszkę i zakładkę do książki.
Asia Appolinar obdarowała nas broszkami z sutaszem - moja idealnie do mojego dziergania pociągowego pasuje!
Dostałam też worek wełny z owcy fryzyjskiej, pięknie zgręplowanej
Poza tym mogłyśmy sobie wybrać po kilka kilo serwetek szydełkowych, więc ja do swojej kolekcji przywiozłam co nieco :)
Zbieram takie serwetki już od kilku lat i niedługo zobaczycie po co.
Iza podarowała nam czesankę akrylową, która posłuży do filcowania. Nie miałyśmy czasu tego niestety zrobić bo gadałyśmy jak najęte.
Bajkowe kolory, będzie zabawa!
W przerwie jadłyśmy przepyszny bogracz, ciasta i smakowałyśmy nalewek! Mniam!
Następny dzień rozpoczęłam od nauki sutaszu. Asia Appolinar wybrała koraliki, pokazała myki i powstało coś sutaszowego :). Pełno w nim niedoróbek, ale bez wstydu powiem, że on mi się bardzo podoba.
I sutasz pokochałam! I to mogę dłubać! Jest w nim miejsce na własne pomysły, na fantazję. Czuję to.
Już po powrocie do domu wykończyłam, pochlapałam klejem przy podklejaniu i pokazałam w pracy!
Dalej jestem dumna i blada, a ślady kleju dołożyłam w innych miejscach i mam efekt cieniowanego sutaszu:
Też do konkretnej robótki jest gotowy!
W międzyczasie Dolny Śląsk pogrzebał w śmietniku Górnego Śląska i wytargał worek runa wrzosówki cud urody! Spojrzenia były co najmniej dziwne, ale runo jest już wyprane, czyściutkie, suchutkie i wygląda tak:
Kolory podobne do Franciszka, wrzosówki z Doliny Baryczy!
Uważajcie na takich przyjezdnych!
Dolny Śląsk udał., że go nie ma! I nie nurkował! Serio!
Potem Asia Frasia zorganizowała nam wyjście do skansenu wsi górnośląskiej.
Ja dawno marzyłam o wizycie w takim miejscu.
Tam spotkałyśmy stoisko z książkami i dostałam od Frasi:
A swojemu kucharzowi kupiłam gościńca w takiej postaci:
Obie książki podpisał autor, czyli pan Marek Szołtysek!
Fascynujący jest świat dawnej wsi. Dobrze, że zgromadzono te eksponaty. Ludzi było sporo.
Jako drobne upominki przygotowałam w większości nieśmiertelne kury:
Bardzo Wam dziękuję za piękny weekend!
Po powrocie czekała na mnie niespodzianka w postaci gotującego się saganu z bigosem.
Lodówka przestała działać i Pan Mąż zagospodarował w ten sposób mięso. Reszta produktów z zamrażalnika wędrowała do obcych lodówek, a ja nie wiedziałam w co ręce włożyć.
W końcu uznaliśmy, że pustawą lodówkę odsuwamy i może coś tylko z prądem.
I tak właśnie było. Poprawił małżon co nieco i mogłam spokojnie umyć ją i powkładać to co ocalało z bigosowej napaści. Mam się z tą lodówką.
Potem sobie strzeliłam dwa pranka, jedno prasowanko i 10 cm sweterka.
poniedziałek, 13 grudnia 2010
Przyjemności

To co lubię, to co się u mnie niedługo będzie kręcić pochodzi ze Sklepu Kaszmir.
Właśnie dokupiłam BFL i merino 18, pozostałe zakupiłam ciut wcześniej.
Unurzałam się w nich łapami po łokcie.
BFL jest miękki, delikatny, włos długi - strach będzie go farbować. A szetland ma coś czego żadna inna czesanka nie ma. Pachnie owcą!!!!
Od razu przyznam, że kiedy zobaczyłam jak Laura wzięła go na kołowrotek to tak Jej marudziłam, tak nękałam, tak żyć nie dawałam, że Dobra Kobieta odsprzedała swój prywatny zapas. Dzięki!!!!! Niech Ci Bozia.....
To jest cudowne poczuć zapach wełny. Oczywiście, jest to przyjemny niuans czystego włosia. Gdzieś ta moja tęsknota za naturalizmem ma ujście!
Alpaka z jedwabiem - strach ruszać, chyba trumienna będzie do macania i nurzania. Nie miałam takich skarbów. Boję się tego.
Merino 18 chyba jako pierwsze pójdzie na kołowrotek, bo już jakąś znajomość merynosa mam.
Korciły kolorowe czesanki, zwłaszcza Tranquil, ale muszę się trochę ujarzmić i poskromić.
Takie to moje przyjemności.
To wszystko jako robótki w następnym roku.
Teraz bowiem maszyna furkoce, szyją się poduszki dla dzieci, kołderki, inne drobiazgi. Dobry mąż pozwolił na sajgon i śpieszę się z robotą.
niedziela, 3 października 2010
Porządki u prządki
Wiele zaległości na blogu to okropny brak czasu i mojego laptopka przez chwilę. Działa serdeńko - zasilacz szlag trafił.
Nie po kolei, ale jakiś punkt wyjścia musiałam zastosować. Usystematyzowała mnie Iza, ale o tym za chwilę.
Wielka torba zawiera kilo mieszanki pt Scarlet. Nazwa "Szkarłat" bardziej jest tu adekwatna, bowiem Scarlet to dla mnie dzielna kobieta, a ja zaczynam ją coraz mniej przypominać.

Szkarłat był dla mnie niespodzianką kolorystyczną, zaskakującą, intrygującą.
Ale to do niego siadłam podczas rozgrzebania domu, kiedy "Szef od pieca" przyszedł na pierwszą wizytę, aby ocenić front robót.
Gaduła sympatyczna, dużo czasu mająca, spędził około połowy czasu na pieszczotach mojego kota oraz świdrującym okiem wyczaił kołowrotek, ukryty za fotelem.
Aby zademonstrować mu działanie zaczęłam prząść te kolory.
Singielek wyszedł cienki, więc połączyłam w 2 ply i wyszła bardzo przyzwoita nitka.


Melanż o tyle ciekawy, ze z szarości, bieli, czerni i czerwieni raczej podobny do wrzosu, który na moim oknie rośnie

Porównałam swoją nitkę do Cukiereczka E.guni i wydaje mi się, że te kolory również pasują do siebie


Sprzędłam na razie dwa motki i będę dorabiać jak ocenię ile mi potrzeba.
Z takiego tweedu chyba rozpinany żakiet powstanie. Idealny na druty 3,5-4. Szukam weny.
Resztę mieszanki uprzędę w zupełnie inny sposób.
A co ma do tego Iza?
Otóż, u niej w sklepie Wyszukane kupiłam pierwszą czesankę. Turkus.
Nie miałam ani dodatków, ani czasu na farbowanie, ale wykorzystując gratisy od Izy uprzędłam Turkus z niuansem.

Właśnie na druty go wzięłam, bo z pół kilo merynosa zaplanowałam sweter z golfem i kolistą narzutkę w stylu Tęczy kauni
To jest moja pierwsza wełna samodzielnie zrobiona w ilości przyzwoitej, tzn. że będzie wykorzystana ubraniowo.
Pierwsza próba poszła z górki, wełna jest miła i mięciutka, więc zamówiłam w Wyszukane kolejną partię.
Tym razem kilo szczęścia do farbowania przyleciało natychmiast. I gratisy!!!!

Ta wełna będzie na sweterki dla dwóch chłoptasiów i dla mojej mamy.
Kolory dla dzieci mam gotowe: zielony i niebieski, oczywiście będzie to wełna melanżowa. Natomiast dla mojej Mamy chciałabym chyba wszystkie kolory świata!
Nie mam pojęcia jakie barwy Ją ucieszą.
Chyba zapytam wprost, lecz niekoniecznie Mama moja ma wyobrażenie jak pięknie można połączyć mech i wrzos, musztardę i morze, czekoladę i niebo, rdzę i palenisko.
Kiedyś nie było takich włóczek.
Te kolory już do siebie pasują, i całkiem możliwe, że jak Rodzicielka je zobaczy to zapragnie właśnie takie odcienie. Ale ja Jej chciałabym uprząść coś niezwykłego.
Podpatruję kolory na mieszankach innych prządek. Trzeba dużo wyobraźni, aby przewidzieć efekt końcowy, to co podziwiam u innych jest zachwycające.
W sobotę dowiedziałam się o wspaniałej, jesiennej niespodziance u Izy.
Późnym popołudniem zmęczeni i zmartwieni dotarliśmy do domu, a to była informacja, którą pierwszą odczytałam. Jakby zwiastun - że nie musi być tak źle, trzeba się uśmiechnąć, próbować, bo bez nas szczęście nie trafi pod dach.
Bardzo mi się to Candy podoba, ale zapraszam wszystkich chętnych do Izy! Trzeba próbować!
Gdyby to mi się udało, to z ociupinek tych kłębuszków na pewno zrobiłabym wzornik kolorów. Resztę bym uprzędła na radosny komplet jesienny: beret, szal i mitenki.
Tak się nieszczęśliwie stało, że nie mamy od soboty samochodu.
Stoi 30 km od Wrocławia i nawet pomysłu nie mamy jeszcze czy na holu, czy lawetą musi wrócić. Silnik się spalił.
Pojechaliśmy na grzyby w sobotę.
Miał to być raczej ostatni wypad, bo w domu piec raczył zdechnąć do końca i jesteśmy bez ciepłej wody i ogrzewania, za to z wybebeszoną zawartością łazienki w głównym pokoju.
Zmywarka chodzi, ale do mycia ciał to sobie trzeba gary nagotować. Spec od pieca przełożył robotę na "za tydzień". W związku z tym rozgardiasz i bałagan.
Piec jest mniejszy i trzeba całkiem inne rurki mu poprzykręcać. Masę rzeczy trzeba wymienić, bo mój mężczyzna życia nie bardzo biegły w nazewnictwie gazowym i kilka rzeczy pomylił przy zakupach.
Spraw życiowych co niemiara (np. co tydzień odwiedzamy 98 -letnią ciocię), która nie rozumie dlaczego dzisiaj nie dojechaliśmy.
Teściowa - z nieustającymi potrzebami, mój brat z transportem antyków.....ech!
Kilka dni temu Małżonek zaproponował, żeby mojego bolida sprzedać, a mondeo będzie wspólne. Nawet miał mi go dać na wyjazd do Warszawy i pod Sieradz. Ech!
Córci auto nie do wyrwania, bowiem dzielne dziecko pracuje w dwóch firmach na raz i lata po mieście z szybkością światła.
Ale najbardziej dokuczliwy jest koszt. Miał być remont domu.
Dach nam przecieka, dekarze jeszcze nie doszli, chciałam potem pomalować zalane sufity i ściany. Wszystko się obraca jak w tym spalonym silniku. Mąż mówi, że jak wkroczy do ADM to potem mam go w więzieniu szukać, bo kogoś zabije.
Teraz popakowaliśmy te najdroższe grzyby w słoiki, w suszarkę, w beczkę do kiszenia i znów wiem, że muszę po dniu bezmyślenia i odreagowania pokierować głową rodziny - wyznaczyć mu krótkie etapy do realizacji. To się nazywa - wspomaganie.
Teraz czas na mnie, we wrześniu to on mnie przytulał i pozwolił zostać w domu.
Bolid jest niezniszczalny. A ja zaczynam słabnąć w harmonogramie pilnych prac.
Dlatego Iza przywróciła bieg blogowi, bo w końcu ruszyło i teraz pozostaje co kilka dni pokazać co zrobiłam i co się działo. Musi być zawsze jakiś punkt wyjścia.
Nie po kolei, ale jakiś punkt wyjścia musiałam zastosować. Usystematyzowała mnie Iza, ale o tym za chwilę.
Wielka torba zawiera kilo mieszanki pt Scarlet. Nazwa "Szkarłat" bardziej jest tu adekwatna, bowiem Scarlet to dla mnie dzielna kobieta, a ja zaczynam ją coraz mniej przypominać.

Szkarłat był dla mnie niespodzianką kolorystyczną, zaskakującą, intrygującą.
Ale to do niego siadłam podczas rozgrzebania domu, kiedy "Szef od pieca" przyszedł na pierwszą wizytę, aby ocenić front robót.
Gaduła sympatyczna, dużo czasu mająca, spędził około połowy czasu na pieszczotach mojego kota oraz świdrującym okiem wyczaił kołowrotek, ukryty za fotelem.
Aby zademonstrować mu działanie zaczęłam prząść te kolory.
Singielek wyszedł cienki, więc połączyłam w 2 ply i wyszła bardzo przyzwoita nitka.


Melanż o tyle ciekawy, ze z szarości, bieli, czerni i czerwieni raczej podobny do wrzosu, który na moim oknie rośnie

Porównałam swoją nitkę do Cukiereczka E.guni i wydaje mi się, że te kolory również pasują do siebie


Sprzędłam na razie dwa motki i będę dorabiać jak ocenię ile mi potrzeba.
Z takiego tweedu chyba rozpinany żakiet powstanie. Idealny na druty 3,5-4. Szukam weny.
Resztę mieszanki uprzędę w zupełnie inny sposób.
A co ma do tego Iza?
Otóż, u niej w sklepie Wyszukane kupiłam pierwszą czesankę. Turkus.
Nie miałam ani dodatków, ani czasu na farbowanie, ale wykorzystując gratisy od Izy uprzędłam Turkus z niuansem.

Właśnie na druty go wzięłam, bo z pół kilo merynosa zaplanowałam sweter z golfem i kolistą narzutkę w stylu Tęczy kauni
To jest moja pierwsza wełna samodzielnie zrobiona w ilości przyzwoitej, tzn. że będzie wykorzystana ubraniowo.
Pierwsza próba poszła z górki, wełna jest miła i mięciutka, więc zamówiłam w Wyszukane kolejną partię.
Tym razem kilo szczęścia do farbowania przyleciało natychmiast. I gratisy!!!!

Ta wełna będzie na sweterki dla dwóch chłoptasiów i dla mojej mamy.
Kolory dla dzieci mam gotowe: zielony i niebieski, oczywiście będzie to wełna melanżowa. Natomiast dla mojej Mamy chciałabym chyba wszystkie kolory świata!
Nie mam pojęcia jakie barwy Ją ucieszą.
Chyba zapytam wprost, lecz niekoniecznie Mama moja ma wyobrażenie jak pięknie można połączyć mech i wrzos, musztardę i morze, czekoladę i niebo, rdzę i palenisko.
Kiedyś nie było takich włóczek.
Te kolory już do siebie pasują, i całkiem możliwe, że jak Rodzicielka je zobaczy to zapragnie właśnie takie odcienie. Ale ja Jej chciałabym uprząść coś niezwykłego.
Podpatruję kolory na mieszankach innych prządek. Trzeba dużo wyobraźni, aby przewidzieć efekt końcowy, to co podziwiam u innych jest zachwycające.
W sobotę dowiedziałam się o wspaniałej, jesiennej niespodziance u Izy.
Późnym popołudniem zmęczeni i zmartwieni dotarliśmy do domu, a to była informacja, którą pierwszą odczytałam. Jakby zwiastun - że nie musi być tak źle, trzeba się uśmiechnąć, próbować, bo bez nas szczęście nie trafi pod dach.
Bardzo mi się to Candy podoba, ale zapraszam wszystkich chętnych do Izy! Trzeba próbować!
Gdyby to mi się udało, to z ociupinek tych kłębuszków na pewno zrobiłabym wzornik kolorów. Resztę bym uprzędła na radosny komplet jesienny: beret, szal i mitenki.
Tak się nieszczęśliwie stało, że nie mamy od soboty samochodu.
Stoi 30 km od Wrocławia i nawet pomysłu nie mamy jeszcze czy na holu, czy lawetą musi wrócić. Silnik się spalił.
Pojechaliśmy na grzyby w sobotę.
Miał to być raczej ostatni wypad, bo w domu piec raczył zdechnąć do końca i jesteśmy bez ciepłej wody i ogrzewania, za to z wybebeszoną zawartością łazienki w głównym pokoju.
Zmywarka chodzi, ale do mycia ciał to sobie trzeba gary nagotować. Spec od pieca przełożył robotę na "za tydzień". W związku z tym rozgardiasz i bałagan.
Piec jest mniejszy i trzeba całkiem inne rurki mu poprzykręcać. Masę rzeczy trzeba wymienić, bo mój mężczyzna życia nie bardzo biegły w nazewnictwie gazowym i kilka rzeczy pomylił przy zakupach.
Spraw życiowych co niemiara (np. co tydzień odwiedzamy 98 -letnią ciocię), która nie rozumie dlaczego dzisiaj nie dojechaliśmy.
Teściowa - z nieustającymi potrzebami, mój brat z transportem antyków.....ech!
Kilka dni temu Małżonek zaproponował, żeby mojego bolida sprzedać, a mondeo będzie wspólne. Nawet miał mi go dać na wyjazd do Warszawy i pod Sieradz. Ech!
Córci auto nie do wyrwania, bowiem dzielne dziecko pracuje w dwóch firmach na raz i lata po mieście z szybkością światła.
Ale najbardziej dokuczliwy jest koszt. Miał być remont domu.
Dach nam przecieka, dekarze jeszcze nie doszli, chciałam potem pomalować zalane sufity i ściany. Wszystko się obraca jak w tym spalonym silniku. Mąż mówi, że jak wkroczy do ADM to potem mam go w więzieniu szukać, bo kogoś zabije.
Teraz popakowaliśmy te najdroższe grzyby w słoiki, w suszarkę, w beczkę do kiszenia i znów wiem, że muszę po dniu bezmyślenia i odreagowania pokierować głową rodziny - wyznaczyć mu krótkie etapy do realizacji. To się nazywa - wspomaganie.
Teraz czas na mnie, we wrześniu to on mnie przytulał i pozwolił zostać w domu.
Bolid jest niezniszczalny. A ja zaczynam słabnąć w harmonogramie pilnych prac.
Dlatego Iza przywróciła bieg blogowi, bo w końcu ruszyło i teraz pozostaje co kilka dni pokazać co zrobiłam i co się działo. Musi być zawsze jakiś punkt wyjścia.
Etykiety:
czesanka,
kołowrotek,
len,
merynos,
zabawy gromadne,
życie codzienne
Subskrybuj:
Posty (Atom)


