
Co to jest?
- Muszki. Dokładnie muszki wiązane.
Dla kogo?
- Dla bardzo eleganckiego Pana.
A z czego?
- Z jedwabiu, poliestru i żakardu wiskozowego.
Jak długo szyłaś?
- Te na zdjęciu trzy dni, wcześniej uszyte dwie już u Właściciela uszyte wcześniej.
Ile czasu się do tego zabierałaś?
- 10 miesięcy!!!!!!!
No tak.
Nie po drodze mi szycie tych muszek.
Propozycja padła bodaj pod koniec tamtego roku, pierwowzór Zlecający otrzymał w lutym tego roku i od tego czasu cierpliwie czekał końca.
Szyjące koleżanki będą wiedziały o czym piszę.
Jedwab w szyciu i poliester, a zwłaszcza żakard niezbyt jest przyjazny. Muszki są odwzorowaniem angielskiej z jedwabiu, z manufaktury niedostępnej dla przeciętniaka. Jest w bardzo rzadkim rozmiarze.
Zlecający kocha się w takich ozdobach i są one jego znakiem rozpoznawczym. Swoje muszki-arcydzieła nosi na wszelkie okazje, a ponieważ nie znalazł gotowych, odpowiadających mu na rynku polskim - poprosił mnie.
Owszem, stać Pana na sprowadzenie wybranego modelu, ale podjęłam wyzwanie!
Warunki były takie:
Dokładny model. Szycie ręczne. Nie mogą odznaczać się brzegi. Cienkie.
I to była jazda. Nie mogłam pruć modelu, zrobiłam więc szablon wyliczając wszystkie krzywizny, bowiem noszona muszka już miała swoiste deformacje.
Długo szukałam najcieńszej flizeliny. Pomysł zapięcia też ewoluował.
Ale tak najbardziej przeszkadzał mi brak czasu i miejsca.
Mam naprawdę ciaśniutkie mieszkanko, a rodzina społeczna, więc co chwilę mam najazdy i wyjazdy. Potrzebna mi pracownia!
Nie przypuszczacie nawet jak trzeba się przy tej robocie skupić, jak ważna jest kolejność.
Cienka flizelina była upiorna w klejeniu, łatwo ją można było zdeformować, zszywane brzegi zostały wycieniowane, aby uniknąć zgrubienia na brzegu.
Wycięcia na rogi mają milimetr szerokości, więc strach w oczach przy przewlekaniu i formowaniu cienką igłą. Odszycie mogłam zrobić na maszynie, ale igła cieniutka, szew ustawiony na milimetr, łapać flizelinę mogłam co najwyżej 0,5 milimetra, aby szew był cieniutki a flizelina nie odpadła.
Po wywleczeniu cała robota to już była w łapach. Ściegi kryte. Obie strony jednakowe bez wyglądających szwów z drugiej strony. Palec od popychania igły skłuty.
Żelazko szalało. Tak samo deska do prasowania, która była polem bitwy i pozwalała przyszpilać całość do miary.
Zawzięłam się i skończyłam!
A po co mi to?
- Dla kasy!
Pan bardzo przyzwoicie płaci, a bida zajrzała w oczy.
Zasiłek z pośredniaka to jednak ciut mało jak na moje potrzeby :)))))
No to jak już skończyłam, to sobie zakupiłam cacko z dziurką:

Cacko to kołowrotek.
Miniatura mojego prawdziwego! Stanął przy wcześniejszym cacku - maszynie do szycia! Podarowałam sobie to na Mikołaja, a wyszperałam na A.
Cieszę się jak dziecko!