poniedziałek, 6 listopada 2017

Jean Michel Jarre i mój lans - wspomnienie z 6-11-2016 roku

Dokładnie rok temu z Cycem pojechaliśmy koleją do Katowic na koncert synciowego idola Jean Michela Jarre~a.
Śląpiło z nieba jak dziś, ale nakazałam sobie i jemu ubrać się na cebulkę, bo koncert w Spodku, tam może być gorąc, na korytarzach niekoniecznie, a na dworze plucha. Trzeba być na wszystko gotowym.
Moje ulubione Katowice powitały łzami, ale i dobrą nieopodal dworca kawą i całkiem smacznym żarciem chińskim w markecie opodal. Dotarliśmy na czas, suport nie suport mnie już się zrobiło ciepło, więc ja z kurtki i ze swetra w tshircie. T-shirt nawet ładny, nie wiedziałam skąd go mam, bo przecież nie kupuję odzieży w wieże ajfla, lovy, parisy i buźki. A tu jakby nie mój motyw serca z ptaszkami. Stanęłam przed potomkiem - no i jak matka wygląda? Kiwnął - może być.
To ja na korytarze poszłam, do toalety i ogólnie polatałam. Cycu przywarł do miejsca jakby się bał, że go stamtąd ktoś wyrzuci.
Jak powróciłam, bo już Mistrz miał zacząć, to ten dalej siedział w kurtce. Głosem żmii nakazałam mu to zdjąć. Oprócz tego gruby sweter, bo przecież się spoci gamoń! Nie dało rady. Zamarł w swetrze, dziwnie na mnie popaczał, więc pozostawiłam go samemu sobie.

Podczas koncertu matka wstawała, tańczyła, gibała się, robiła foty i filmy. A Cyc siedział i chłonął.














Koncert się skończył. Zadzwoniłam więc po dorożkę i za dwie godziny przyjechał po nas z Wrocławia Pan Domu. Pomysł na koncert w mieście w którym rozkłady jazdy nie przewidują podróży na skalę całego kraju to absurd. Ani pociągu, ani autobusu.

Potem Cycu wyżebrał szybkie przekazanie mu zdjęć i filmów i zalukiwał się przez kilka dni wspominając to wydarzenie.

A ja spokojnie w poniedziałek do pracy, po pracy pranko naszych ciuchów. We wtorek już suche prasuję, układam w szafie i naraz.....moment..... znajomy kolor!
Wyciągam......gacie! Od piżamy gacie!!!!!! Od kompletu!!!!!!
Wtedy zaskoczyłam! Ja taką piżamkę kupiłam latem!

No to się polansiłam na koncercie takiej sławy w górze od piżamy z Tesco chyba, albo innego Oszołoma lub Lidla :).


Idę więc do Cyca:
- Ty, słuchaj, a matka to wiesz co miała na sobie? Piżamę! Ale ładna przecież była, nie?
Cycu:
- Mamo, ja wiedziałem, że mi coś zrobisz (tu prawie łzy), ale jak mogłaś??????!!!!!!!!
 W piżamie na Jarre`a????????

piątek, 3 listopada 2017

Jesiennie, ale ciepło.

Ufarbowałam merynosa w dwóch odcieniach - zimnym i ciepłym.



Jako pierwszy poszedł na szpulkę odcień ciepły, ten na górze. Farbowałam w piekarniku starając się nie uzyskać pełni barw, tylko pastele mnie interesowały.
W rudych, brązach i ciemnych wybitnie mi nie do pyska.

Po raz pierwszy przędłam dłużej na moim zdobycznym Ashfordzie wynalezionym, gdzie nikt nie szuka. Jest nadal nieodnowiony, więc widok tylko szpuli. Szpule sprowadzone specjalnie do niego, hmmm, kosztowały więcej niż cały kołowrotek. Co oznacza małość wydatku na rzecz główną.



A później w dwie nitki i uzyskałam co chciałam - czyli tweeda prawie. Mieni się to-to jesiennie. Mam trzy motki po 150 metrów (łącznie 450 m),  waga całości 227 gramów, na druty 3,5.




Splot luźny, by nie utłuc wełny ścisłością. Dodam do niego coś w jednym kolorze, ale jeszcze nie wiem w jakim. Jakoś ciężko mi wybrać. To się nadaje na prościucha luźnego.
Teraz, kiedy tak raptownie schudłam niewiele mi trzeba na rozmiar 36. Postaram się wykorzystać jakiś motek z zapasów, by już nic do tego nie dorabiać.
Bo za moment - lepsze dla mnie kolory, te chłodne z różem i seledynem. Druga wersja będzie inaczej przędziona i na zupełnie inny model swetra.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Kapelutki

Ponieważ musiałam się przez całe wakacje chronić przed słońcem potrzebowałam oprócz chust lekkich do okrywania ramion i dłoni również czegoś na łeb.
Coś na łeb docenia się zwłaszcza wtedy, gdy pesel odpowiedni się robi i daje się odczuć, że 30 st to już nie lajtowa pogoda.
Oczywiście mam słomkowy kapelusz, ale bywa, że wiatr mi go zrywał z głowy. Potrzebowałam czegoś na miarę, dość obszernego, by pod nim upchać koka codziennego.
Wybór padł na torbę z jasnymi resztkami, takimi poodkładanymi na misz-maszowy letni sweterek. Pukłam się w łepetynę - na co mi kolejny letni sweterek, za ciepły na upał, a na kapelutek znajdę bez mieszania odpowiednią ilość koloru i gatunku.
Zainspirowałam się darmowymi wzorami z Dropsa. Generalnie jeden jest prawie odwzorowany. Prawie, bo inna włóczka, inna ilość oczek, inne rondo. Ale wzorek jest taki sam. Ecru.



Kapelusz ma zbyt miękkie rondo, planowałam wrobić drucik w otok, ale okazało się, że podwinięte romantycznie rondo, odsłaniające twarz pasuje Alutce. Może doczepić kwiatka/broszkę na otoku, by się rondo trzymało.


Drugi jest mój, biała bawełna gruba z metalizowaną nitką. Wbrew grubości nie jest w nim zbyt gorąco. Doskonale służył mi kiedy musiałam jednak przemknąć po słońcu.



Tu pomiędzy najprostszymi słupkami jedynie przed rondem inną bawełną wydziergany otok z dziurkami, można tam sobie wpleść wstążkę w kolorze.
Jest większy. Widać ile ma luzu na rozpuszczonych włosach. prościuch, ale ze cztery razy pruty, by mi wszystko pasowało. Im grubsza bawełna tym lepiej się układa. A przy tym nie uwiera gdy chce się głowę na leżaku położyć.


I na plaskacza, by pokazać poszerzenie rond.


Teraz zaczęłam z kolorowej kapelusz na chłodniejsze dni, ale włóczki mam za mało, a po resztki nie chce mi się w tej chwili nurkować w szafie. Samo się napatoczy, bądź uprzędę w odcieniu odpowiednim jak mi się bardzo zachce. O to najtrudniej.
Generalnie - na kapelusz szydełkowy z bawełny średniej lub grubej wystarcza 10 deko.

niedziela, 27 sierpnia 2017

Lekki turkus w merynosie

Do zgręplowania posłałam ok 5 kilo wełny osobiście upranej. Podzieliłam ją z grubsza na trzy rodzaje. Największa część to wełna najbardziej zabrudzona roślinami, przeznaczona jest do wyrobu wypełnień do patchworków. Druga - śliczna do przędzenia, do filcowania, do zabawy. Trzeci najmniejszy woreczek zawierał dziwną wełenkę, bardzo pofalowaną. To także swojski merynos, ale jakoś wymieszany rasowo. Mimo prania zachował najwięcej lanoliny.

Wełna po otworzeniu pudła zaczęła startować w pionie do góry



To na górze otulone na niebiesko, w najmniejszej ilości jest bohaterem tego posta :)


Na górze część patchworkowa, reszta w innym worku i już w kołdrze, pod spodem ładny merynos


Uprzędłam i uzyskałam w 343 gr 894 metrów podwójnej nitki. Tyle mi jest potrzebne na sweter.





Ten kolor jest przeze mnie lekko poprawiony, bo aparat robił zdjęcie na niebiesiutko, a prawdziwy kolor skłania się w stronę turkusu. Farbowałam barwnikiem do jeansu plus ociupka błękitu (stąd ciepły odcień).

Mimo największej w dotyku delikatności w skręcie uzyskałam szorstką nitkę, ale nie gryzącą. Jest na tyle cienka, że max druty 3,5. Coś mi się z fakturą marzy. Ale póki co jeszcze nie wymodziłam. Może jakieś warkoczki zrobię. Mocy musi nabrać.
Zostało mi jeszcze na inny projekt tej wełny, inaczej ją uprzędę.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Kołdra wełniana

Uszyłam koło wiosny prosty top. Nazwałam go "Tosia", a dlatego, że użyłam na niego wyłącznie materiałów, które dostałam od Tosi. Skończyłam w sierpniu z racji mojego obecnie zdrowia.
U Tosi byłam z innej okazji, ale to później opiszę.

Jak wiecie trudnię się wieloma dziedzinami, między innymi osobiście piorę, czyszczę wełnę, którą kupuję po przyjaznej cenie od rolnika spod Wrocławia.
Zrobiło się tego za dużo jak na moje moce przerobowe i w związku z tym korzystam z usług Leny poznanej na FB do której wysyłam wełnę do gremplowania. Zostawiam sobie niewiele na czesanie szczotkami.

Tym razem nie bawiłam się w ratowanie wszystkiego i ok 80% wełny przeznaczyłam na wypełnienie paczłorków. Lena nie układała mi tego w roladki tylko rozczesała na małe płachty.
Opiszę teraz dokładnie cały proces i od razu pokażę wszystkie błędy, których możecie uniknąć.

Top - to proste bloki, mniej jadowite niż z lampą, ale to róż, bordo i niebieskawy kawałek z różami:


Bordowa bordiura scaliła mi te kolory


Spód to różowa bawełna, ułożyłam na niej zgręplowaną wełnę merynosa, dokładając w miejsca tak, by było jednakowo. Ułożyłam warstwę ok 3 cm.


Spikowałam agrafkami


Tu widać, jak wypukło było.



Wyszedł Panmąż z domu, to mogłam zająć największy stół w domu i przymierzyć się do pikowania.


I tu poległam. Tak grube wypełnienie nie pozwoliło na obracanie, kontrolowanie pikowania. Wyprułam.

To była wielka płachta, tak sztywna, że stała.


 Wymyśliłam taki prosty pikuś, by całość ujarzmić. Ale to i tak było ponad siły, więc podzieliłam sobie kołdrę na ćwiartki i posuwając się rzędami jakoś z trudem dałam radę.


Udało mi się przyszczypać to i owo. Nie prułam i nie łkałam.



Lamówka jest solidna, podwójna, z tyłu przyszyta ręcznie, bo ja lubię się umartwiać czasem.


Kocisko odkryło magiczny wkład w środku kołderki i do końca szycia cały czas się wylegiwał. Ja chowałam nitki, a ten spał. 
Koło kota widać jeden kwadracik zajęty na metryczkę - jest tam podpis do góry nogami "Kankanka 2017 wełna".  To też mały pech, bo dopiero przy pikowaniu zauważyłam dziurkę w materiale bordowym i zacerowałam napisem.





Tu widać góry i doliny.



Chowanie nitek to kilka godzin pracy igłą. 154 kwiatki, po dwie nitki na wierzchu i dwie na spodzie to przewleczenie 616 końcówek nici. Oczywiście jak się dało to dwie nitki na raz, ale było żmudnie. Bordiury nie liczyłam.
Cała kołdra waży 1950 gram, czyli prawie dwa kilo. Niestety - nie zważyłam ile wełny poszło.
Ma wymiary 150/200.
W całości weszła do mojej pralki, ale ja mam kiepski program prania wełny, więc włożyłam do wanny, podeptałam nogami, wypłukałam z grubsza coraz chłodniejszą wodą i na ostatnie płukania i wirowanie wrzuciłam do pralki. Wyschło błyskawicznie i wieczorem już spałam pod moją zdrowotną kołderką. Z kotem oczywiście też, bo nie daje się zwalić.

Po praniu się uleżało, włókna się nie przemieściły, kołderka znakomicie reguluje temperaturę, w związku z tym moja kołdra z Ikei powędruje na kocyki dla psów w schronisku.
Mnie pod wypełnieniem z silikonu źle spać.
Poduszki, które widać są uszyte z inletu oraz wypełnione wełną. Piorę rzadko w pralce, bo na nich mi też się łeb nie poci. Uszyję na nie powłoczki z różowej bawełny do kompletu.
Teraz kołdra jest na tyle plaskata, że można ją dać na pranie pralkowe.


Nie przewiduję odziewania paczłorkowej kołdry w jakieś powłoczki, więc uszyję jeszcze jedną dla siebie na zmianę. W szafie pojawi się więcej miejsca na szmaty :).


A teraz moje uwagi. Nigdy więcej szycia z wypełnieniem z wełny które jest położone luzem.
Nie da się tego wypikować na tradycyjnej maszynie.
Wcześniej ja swoją wełnę lekko ufilcuję w płachtę, którą potem ułożę w kanapce. Ufilcować można na mokro lub igłami - to też kawał roboty.
Przychodzi mi na myśl, by poukładać wełnę na najcieńszej flizelinie i ją przyparować stacją parową. Można ewentualnie pofastrygować cieniutką nitką do podszywania, ale to chyba najgłupszy pomysł.

Ja w każdym razie nie uważam tego eksperymentu za stracony, będą kolejne paczłorki z prawdziwą wełną w środku. Oczywiście można sobie kupić tanio wełnę z Poltopsa, ale ona jest tak przeżarta chemicznie, że nią mogłabym tylko psie posłanie wypchać. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...