piątek, 13 sierpnia 2010

Jak to ze lnem było

Ze dwa lata nazad, będąc w Nadarzynie na szkoleniu wpadłam do Gackowej z wizytą.
Gackowa powiodła po Warszawie i między innymi do pasmanterii.

Tam na półce ujrzałam len.
Zielony!
Piękny rzekotkowy kolorek!

Kupić????
Nie! Kiedy ja wyrobię te swoje zapasy!

Może jednak?????
NIE!

Spacer nie skończył się zakupem. Ledwo jednak wróciłam do domu myśl się po głowie telepała - mogłam kupić!
Gackowa dzwoniła i dopytywała: A może jednak przejść się?
Nie! Muszę się obejść!




Minęły ze dwa miesiące.
Chłop jedzie znienacka do Warszawy.
Dostaje zadanie:
- Kup mi ze dwa-trzy motki takiego a takiego lnu!
- Gdzie ta pasmanteria?
- W centrum, takie pachołki na niej kamienne, blisko dworca.
- ???? Znajdę!

I dzwoni do mnie biedak, a ja nie odbieram, bo jestem na super ważnym zebraniu. Kiedy oddzwaniam - chłop już w pociągu, bez lnu.

- A widziałeś chociaż w sklepie?
- Był.

Mija kolejny miesiąc.
Akurat Gackowa też nie mogła podejść do pasmanterii, ale małżonek szanowny znów jedzie.
Co ma zrobić?
Kupić len!

Jedzie.
Dzwoni.
Ja znów na zebraniu arcyważnym, ale nie na tyle, aby sobie o lnie nie pogadać:

- Aniu, jest jeden.
- Witam Pana, proszę o zebranie trzech podpisów pod tym wekslem.
- ???? Jest jeden motek!
- To w takim razie proszę popytać o dodatkowe dokumenty finansowe.
- Nie możesz rozmawiać?
- Właśnie.
- Mam adres fabryki. Facet ma inne kolory, może wziąć czerwony?
- Nie, nie proszę Pana, albo składamy zabezpieczenia do tej umowy albo wybieramy inny wariant. Inny wariant jest teraz nieprzygotowany.
- To biorę ten jeden.
- W porządku. Do zobaczenia w takim razie. Proszę więc o zebranie tego jednego podpisu, resztę uzupełnimy na miejscu.
- Ty nienormalna jesteś!
- Dziękuję Panu, wzajemnie!




Nigdy z takim utęsknieniem nie czekałam na powrót chłopa.
Len zalśnił na stole. Biedny samotny motek.
Pan z pasmanterii dał namiary na fabrykę, bo nie spodziewał się dostaw już u siebie.
Fabryka z kilka kilo to by mi sprzedała.

Mija z pół roku.
Len miał pójść jako dodatek do czegośtam, kiedy odkryłam sklep ZAMOTANE.
Zamawiam więc dwa motki. Wspaniała pani Ula szybko wysyła.
A tu - a kuku! - Inny odcień!


Inny, nie inny, coś wyjdzie!
Zaczynam więc z lnu ciemniejszego:
Szydełko pochłania więcej nici. Wychodzi mi spódnica:


I nie tyle wąskość tej koronki poraża co brak nici na zębate wykończenie dołu.
Koniec.
Nic z tego nie będzie.
Zygmunt się śmieje, że udziergałam "Wiatr we włosach". Nazwa tej spódnicy zostaje na stałe. A spódnica znika spruta.


Powrót do Wrocławia.
Jeszcze przez chwilę rozważałam domówienie motka nici u pani Uli, ale któregoś dnia napotykam len w pasmanterii! W najdroższej pasmanterii świata na Kołłątaja.

Co prawda cena księżycowa, ale ten z Zamotanego z kosztami wysyłki drożej wychodzi.
Kupuję jeden, bo znów nie wiem jaki odcień będzie. Przymiarka w domu - jaśniejszy!
No to lecę po drugi i dysponując 30 dkg jaśniejszego wymyśliłam, że wyjdzie spódnica i bluzka z 20 dkg ciemniejszego.
Mając w sumie pół kilo lnu udziergałam spódnicę szerszą i dłuższą,


a z pozostałości zaczęłam gonić lato i na szydło wrzuciłam.
Nic mi nie wychodziło. Dokupiłam znów motek i jeszcze jeden - bo ostatni był i co miał się zmarnować. 70 deko!

Udziergałam z przepisu Sandry coś takiego:


Góra jaśniejsza, środek zmieszana podwójna jasno-ciemna na drutach, dół ciemna.

W ogóle nie pasowało to do ananasów! Zbroja. Ciężka.
Nosiłam osobno.

Wyjęłam z letnimi szmatami Wiatr we włosach i Zbroję.
Zostało mi kilka deko mieszanki lnu. Dokupiłam więc białą sonatę z zamiarem udziania góry do ananasów i wykorzystania resztek nici.

Popatrzyłam, pomyślałam, krasnalom ładnie w jednolitych kolorach.
Pruję rękawy Zbroi - leci na drutki.
Zbroja stała się tuniką:




A z rękawów szczędnościowo zwykła bluzeczka dopasowana, druty 3,5.




Teraz do bogatego dołu jest skromna góra. Moje ciało bardziej je wypełnia.




Tą bluzkę nieszczęsną zabrałam do zrobienia na wakacje na wsi jako ufoka.
Oj nie miała ona szczęścia! Albo ją psy wytargały z leżaka, albo oczka mi rozlazłe wyszły. A na koniec, kiedy już ją do domu przywiozłam całą i ostatnią schowałam nitkę - ZGUBIŁAM!!!!!

Można się śmiać do woli:
-szukałam za łóżkiem,
-w łóżku,
-w pościeli,
-w szafie (ułożyłam ciuchy na nowo),
-w pralce,
-za pralką,
-w zamrażarce (bo czasem chowam tam i zamrażam rajstopy i swetry),
-w brudach do prania,
-we wszystkich torebkach,
-pudłach z wełną,
-na górze szafy,
-między książkami,
-pod dywanem com go tak odkurzała w te i wewte,
-za oknem na ulicy (bo może sfrunęła),
-na strychu w pościeli (bo może wpadła w poszewkę i się wyprała w 90 st),
-w worku z granulatem ściółkowym dla świnek (bo może mi z ramienia spadła jak karmiłam prosiaki),
-na schodach ( bo w nocy w sobotę psa wyprowadzałam i może się gdzieś w rękaw polaru zaczepiła i spadła),
-koło maszyny do szycia,
-w rzeczach do naprawy,
-w rzeczach do prasowania
-i w szafkach kuchennych.

NIE MA!

Od wieczoru w poprzednią sobotę w głowie tylko jedno: gdzie ta zielona zołza?! Nie będę już przecież kolejnego lnu kupować!
Kolejne dni miałam ciężkie w pracy, schylona nad Vatem tylko kombinowałam, gdzie zajrzeć jeszcze.
W końcu w czwartek pogodzona z losem i faktem, że znajdę ją w grudniu pewnie poszłam do kuchni, siadłam na małym zydelku i obierając groszek z działki skrupulatnie składałam "plewy" na bok jako podwieczorek dla świnek.

Jedna łupinka mi spadła, schyliłam się.... a pod zydelkiem moja bluzeczka!
Cała!
Od razu ją uprałam i na wieszak, niech się trochę powyciąga, to te różne oczka zginą.
W poniedziałek - chociażby lało idę w niej do pracy!

A w koszyczku pozostały resztki obu kolorów lnu.


Już je wywalić miałam...ale skoro ten len ma u mnie takie przygody to chowam.

Może we wtorek trzeba będzie cerować?

24 komentarze:

  1. Anonimowy13/8/10 23:03

    Imienniczko, i historia, i ananaski sa piekne!
    Ale Anny jak wiadomo NIGDY sie nie poddaja!
    ;-)
    Anna
    Ciotka_Paszczaka

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale opowieść!!! Czytałam z wypiekami na buzi :-) I aż mi się zachciało takiej spódnicy i bluzeczki, ale w ramach wykańczania UFO-ków nie zaczynam! Twoje ciuchy cudne!
    Pozdrawiam ciepło :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękne rzeczy wyplatasz:-)
    A opowieść o lnie rzeczywiście pasjonująca.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ile mnie zdrowia ten len kosztował i czasu! Nie byłoby problemu gdybym poprzestała na spódnicy jedynie. To chyba moja pazerność i oszczędność pchnęła mnie w brnięcie dalej!
    Mam za to komplet i nie muszę badać zawartości zieleni w zieleni i czy inna bluzka pasuje. Teraz muszę nosić, bo wakacje ku końcowi a ja przecież do tej spódnicy i buty mam identyczne w kolorze! :))))
    Dziękuję Wam za pochwały!

    OdpowiedzUsuń
  5. Zaśmiałam się na głos czytając tą historię:)))
    prawdziwy kabaret!
    A zielony komplecik bardzo mi się podoba!

    OdpowiedzUsuń
  6. Ale tak ogólnie Izo sprawiam wrażenie normalnej i zrównoważonej, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  7. Oj, Aniu. To jak dobra powiastka! Najważniejsze, że komplet wyszedł Ci miły, sympatyczny i bardzo "noszalny". Spokojnie nadaje się do pracy (i na spacer, i na kawę z koleżanką)

    OdpowiedzUsuń
  8. :))) jak najbardziej!
    pozdrawiam
    ciągle rozweselona...

    OdpowiedzUsuń
  9. Post przeczytany z wielką ciekawością :) Efekt zmagań z lnem super! Świetny komplecik :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Eguniu, włóczka jest przemiła, lejąca, akurat na takie lato i duchotę. Spódnica była juz uzywana rok, ale ciagle sprawiał kłopot z górą. Do takiej zjadliwej zieleni mało co pasowało. Cieszy mnie fakt, że jednego ufoka mniej!
    Izo - cieszę się!
    Zulu - bardzo dziękuję!Mam nadzieję, że jutro mi spódnica z tyłka się nie zsunie, bo na troczek tylko! Chociaż wcale bym się nie zdziwiła przy moim szczęściu.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ileż pasji i zmagań... cudna opowieść i jeszcze piękniejszy komplet :-)
    Ja tak kiedyś przez dwa dni szukałam kluczy do biurka w pracy... już śrubokręt przytargałam i miałam go rozkręcać żeby do potrzebnej zawartości się dostać a klucze znalazłam we własnej lodówce pięknie zaplątane razem z wędlinką... dobrze, że zgłodniałam, bo do lodówki w życiu za kluczami bym nie zajrzała ;-)

    OdpowiedzUsuń
  12. Aniu, jesteś rewelacyjna!!

    P.S. Masz może pomysł, gdzie się podziała granatowa kredka Hrabiego? Szukałam, tak jak Ty bluzki - diabeł ogonem nakrył. :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Emade- ja bym zaczęła od doniczek z kwiatkami, dzieci tak czasem wbijają. :)

    KasiuS - bratnia duszo!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  14. bardzo ladny odcien zieleni ,i bluzeczki super wyszly a te zdjecie z psem hahahah na poczatku widzialam tylko samego psa,ta bluzeczka z zupenie prostym sciegiem jest piekna lubie takie skromne

    OdpowiedzUsuń
  15. Hihi, ale przygody! Ale komplet jest śliczny i akurat len na upały pustynne, co teraz u nas szaleją - jak znalazł!

    OdpowiedzUsuń
  16. O rany ! Ale jazda!!
    Piękne te Twoje zieloności!
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  17. padłam :)))))))... cudna opowieść... a komplecik pysznie zielony... podziwiam Cię za samozaparcie w tych przygodach licznych :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Aagaa i Kasiu Ino-Ino dziękuję! Zielony to mój ulubiony kolor więc może stąd ta walka?

    OdpowiedzUsuń
  19. :))) ale historia zakupów:)) pięknie opowiedziana! Ciuszki super - i kolor, i wykonanie! Wyglądają tak leciutko, wcale nie jak zbroja!

    OdpowiedzUsuń
  20. No cóż... Teraz już wiesz, że kupowac nalezy od razu a nie nerowowymi skokami pchełki kominatorki ;-)
    A zestaw bardzo mi się podoba!
    Tylko odczuwam pewnien niedosyt - dlaczego Ciebie nie ma w środku, tylko ten trupio-blady manekin???

    OdpowiedzUsuń
  21. Niezwykłe przygody bluzeczki ;-)
    A ten len nie drapie? Mam w szafce 3 motki, miałabyc z nich spódnica, ale słyszałam że drapie niemiłosiernie.

    OdpowiedzUsuń
  22. Aniu, ja Ciebie to najbardziej w niebieskim kojarzę i widzę - ale to pewnie dlatego że tu nie figurujesz osobiście odziana. Skandal normalnie.
    Natomiast wnioskuję że takie latanie i dopasowywane kolorów to się już każdej z nas zdarzyło. Dlatego zbieranie zapasów i kupowanie na wyrost ma głęboki sens i oszczędza stresów na później! Zatem chomikujmy z czystym sumieniem :D

    OdpowiedzUsuń
  23. Ato, Aploszku - jakbym mogła to bym sobie tego lnu kupiła od razu, ale jak wariat od motusia zaczęłam
    Makneto - rób! Len jest z wiskozą i jest lejący, miękki po praniu, idealny na lato. Polecam!

    OdpowiedzUsuń
  24. No zezarło mi komentarz... No nic, piszę powtórnie. Kochana, Ty masz setera?? Napisz cos o nim, proszę.
    O lnie nie piszę, bo mi dzierganki przeszły na starość.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...